czwartek, 29 kwietnia 2010

Kreta integracyjnie

Wczoraj miłą w sumie niespodziankę zrobił nam Prezes mojej ukochanej (baczność) Firmy (spocznij!) ogłaszając, że rokroczne kilkudniowe upojenie alkoholowe nazywane czasem wyjazdem integracyjnym, odbędzie się na zupełnie innych zasadach niż zazwyczaj. Pal licho zasady. Najważniejsze jest to, że zamiast jechać gdzieś „w lasy” lecimy na Kretę. To się nazywa mieć gest zaprosić dwieście osób na taką wycieczkę*



Tak się jakoś tak cieszę na tą wiadomość. Może to i dziwne, bo Kreta to przecież nic wielkiego, typowy ośrodek zmasowanej turystyki, której jestem tak niechętny. Hotel, leżaki nad basenem, zatłoczona plaża, drinki z palemką, spocone towarzystwo eksplorujące znaczenie pojęcia „all inclusive” i śniada obsługa licząca na napiwek. Takiego wała dostaną, tak swoją drogą :-)

Mam nadzieję, że będzie można skręcić w swoją stronę i nieco pozwiedzać na własną rękę. Bo hotelowego życia chyba nie zniosę. No i będzie to okazja na poznanie wyspy. A powiedzmy sobie szczerze, gdyby nie to, że za darmo i w ramach pracy, to na Kretę nigdy bym pewnie nie poleciał.


Poza tym, że już niebawem, nie wiemy nic więcej. Nie szkodzi w sumie. Zapowiada się ciekawy czerwiec, najpierw długi weekend w związku z Bożym Ciałem, potem w następnym tygodniu rzeczona Kreta, a w kolejnym tygodniu Uzbekistan. W czerwcu jak dobrze pójdzie to spędzę w pracy góra 13 dni. I to rozumiem!

* Za pieniądze wypracowane ich ciężką pracą