
Mimo iż byłem już święcie przekonany, że znam każdy zakątek, nawet w ostatnich chwilach docierałem do miejsc znanych słabo, tudzież wcale. Ot, chociażby uliczka Kog, czyli najbardziej fotogeniczne miejsce w całym Tallinie. Wcześniej gdzieś mi umknęło przejście prowadzące do wnętrza owego urokliwego miejsca, ale lepiej późno niż wcale, jak mawia przysłowie.

Ostatnie akordy grane były w rytm zakupów. W pierwszej kolejności, rękodzielnictwo we wzory skandynawsko-rosyjskie. Wybór ogromny i trzeba zazdrościć Estonii tego w jaki efektywny sposób promuje ona swoje wyroby lokalne i „ludowe”. Oferta czapek, bluzek, szali, rękawiczek i innych wyrobów szczerze mi imponowała i aż szkoda, że my w Polsce nie potrafimy podobnie sprzedawać turystom tego co nasze i wyjątkowe. Długą chwilę krążyłem dookoła rozstawionych kramów, nie mogąc się zdecydować na co wydać moje resztki waluty (a ceny, trzeba dodać, były dosyć zaporowe). Nie mniejszy ból głowy czekał mnie w kwestii zapasów spożywczych. Długo się wahałem – brać czy nie brać pasztet z niedźwiedzia za drobne kilkanaście euro za puszkę. W końcu zdecydowałem się na nieco tylko mniej egzotyczny wyrób z łosia. Ale frykasów do wyboru było znacznie, znacznie więcej. Niby kraj blisko nas (a na sklepowych półkach stoją nawet Gorące Kubki z polskimi obwolutami, bo tych po estońsku się nawet nie opłaca drukować), ale pod względami kulinarnymi dzielą nas setki mil.
W końcu przyszła pora na pożegnalny spacer z plecakiem i krótki romans z Tallinem mogłem uznać za zakończony. Miasto nie tylko bardzo mi się spodobało, ale sumiennie wpisałem je do swojego dzienniczka z planami na przyszłość – chciałbym zobaczyć je w swej północnej krasie, ze śniegiem zalegającym na dachach Starówki i kłębami pary towarzyszącymi oddechom. Takie miejsca wypada odwiedzić dwa razy. Wtedy gdy jest ciepło i wtedy gdy jest prawdziwie, czyli mroźnie, srogo i biało. A póki co, musi mi wystarczyć pasztet z łosia i wspomnienia.
