sobota, 17 września 2011

Tallin i Estonia, czyli republika związkowa numer pięć



Co my tak naprawdę wiemy o Estonii? Czy wymienimy jednego znanego Estończyka? Nawet piłkarza albo chociażby, tfu, polityka? Nie wydaje mi się. Ten mały kraj leży teoretycznie niedaleko nas, ale kulturowo, mentalnie i ekonomicznie równie dobrze mógłby znajdować się na innym kontynencie. Z rzadka przedostają się do nas jakieś szczątkowe informacje z Tallina i okolic. Ostatnio głównie te związane z globalnym kryzysem gospodarczym, który wyjątkowo dotkliwie znokautował nadbałtyckie republiki (co uwielbiały swego czasu podkreślać nasze media, oczywiście kontrastując je z faktem, że Polsce „nic się nie stało”). Zanim doszło do stanu zawałowego, Estonia była prawdziwym tygrysem Europy, który ciężko zapracował na swój sukces. Niskie podatki, rząd przyjazny prywatnej inicjatywie, silny nacisk na nowe technologie i niespotykany bilans pomiędzy przychodami, a wydatkami Skarbu Państwa skutkujący m.in. rekordowo niskim poziomem zadłużenia to tylko jego niektóre źródła. Trudno uwierzyć, że jeszcze w 1991 roku była to składowa część zdychającego i ponurego Związku Radzieckiego. Po dwóch dekadach Estonia należy do najnowocześniejszych państw Unii Europejskiej, a spośród byłych państw związkowych ma najwyższy poziom PKB oraz wskaźnik „jakości życia”.

Pewnego dnia wpadłem na pomysł, by odwiedzić wszystkie piętnaście państw powstałych po rozpadzie Imperium. Chociażby po to, by przekonać się jak ogromny, przepastny i zróżnicowany był to niegdyś organizm. Po Łotwie, Uzbekistanie, Gruzji i Ukrainie, przyszła pora na kraj numer pięć.

***


Już na lotnisku czuć, że tak naprawdę to jesteśmy w Skandynawii, a wszelkie post-sowieckie sentymenty są nie na miejscu. Wszystko dookoła, choć skromnych rozmiarów, jest nowoczesne, ekologiczne i przywodzi mi na myśl miłe wspomnienia z Rygi oraz szczególnie Helsinek. Kieszonkowe rozmiary Estonii dają znać o sobie już po wyjściu na zewnątrz terminalu. Osobnicy z lepszym wzrokiem są w stanie niemal dostrzec zabudowę śródmieścia. Przejazd miejskim autobusem do samego centrum stolicy zajmuje góra kwadrans. Nie mija więc dużo czasu, gdy melduję się w bramach Starego Miasta i mogę rozpocząć to po co przyjechałem do Tallina, czyli nieskrępowane niczym zwiedzanie oraz zaglądanie w każdy kąt.



Starówka to prawdziwa perła architektury, która łączy autentyczny urok rodem z XIV wieku z współczesnymi przyjemnościami stworzonymi wprost dla turystów. Z jednej strony, przypomina ona rozliczne niemieckie miasteczka. Reprezentacyjne kamienice z bielonymi frontami przywodzą na myśl inne aglomeracje basenu Morza Bałtyckiego, które okres prosperity przeżywały będąc członkami Związku Hanzeatyckiego (zupełnie zresztą słusznie, bo Tallin w średniowieczu był ważnym ośrodkiem handlowym doń należącym). Z drugiej, czuć to silne wpływy północnej Europy. O Estończykach mawia się, że są „Skandynawami, którzy przeżyli komunizm”. Kultorowo, językowo i etnicznie to bliscy krewni Finów. Ulice są więc czyste, uporządkowane. Nowa zabudowa skomponowana jest z pomysłem, a minimalizm sugeruje daleko posunięte wyczucie i staranność. Tu nie ma miejsca na tandetę, tymczasowość i słowiańskie „jakoś to będzie”. Od blondwłosych przechodniów bije jednak chłód i dystans, który czułem zawsze spacerując czy to po Sztokholmie, Kopenhadze czy Helsinkach. „Last but not least” bardzo silne są tu wpływy rosyjskie. Język naszych wschodnich sąsiadów słychać na każdym kroku. Pośród rozlicznych świątyń niemal połowa to cerkwie. Estonia, choć składa się z elementów dobrze mi znanych i ogranych, stanowi całość, która zadziwia oryginalnością, fascynuje i sprawia wrażenie obcowania z czymś zupełnie wyjątkowym. Podoba mi się tutaj od pierwszych chwil.





Obszar historycznego śródmieścia otoczony jest murami i pozornie szybko można poznać tu każdy kąt. W praktyce jednak, co jakiś czas trafiałem do miejsc zupełnie mi obcych, a ostatnie magiczne zakątki poznawałem nawet ostatniego dnia. Książki i znawcy radzą – przeczytaj przewodnik, zerknij raz czy dwa na mapę, a potem schowaj do wszystko do plecaka i po prostu spaceruj, zaglądając wszędzie gdzie widzisz coś interesującego. Zgubić się nie ma szans, ale raz czy dwa można poczuć przyjemną dezorientację.

Centralnym punktem Starego Miasta jest Raekoja plats, czyli „Plac Ratuszowy”. Tytułowa budowla, choć wygląda niepozornie, pochodzi z przełomu XIV i XV wieku i jest zabytkiem unikalnym. Jest to jedyny gotycki ratusz jaki zachował się z tego okresu w całej Europie Północnej.

Dookoła placu rozstawione są rozliczne kawiarnie i restauracje. Kilka z nich śmiało mogłaby zabiegać o najwyższe laury jakości, elegancji i ... nieprzystępnych cen. „Olde Hansa” dla przykładu oferuje przenosiny wprost do średniowiecza. Przed wejściem turystów zabawia młody człowiek ubrany w strój żaka sprzed wielu wieków. Reklama działa – o każdej porze dnia, stoliki były pełne gości. Kawałek dalej, ukrytą w niepozornej bramie znalazłem również restaurację „czosnkową”, dobrze mi już znany patent z pobliskiej Rygi. Charakterystyczna woń roznosiła się w powietrzu, zachęcając do wstąpenia chociażby na skromną zupę. Jednak szybka analiza menu podpowiadała mi natychmiast smutną prawdę – w tym miejscu jeść nie będę. Europa jeszcze raz pokazuje mi moje miejsce w szyku. Dla takich jak ja pozostaje supermarket, na szczęście otwarty do późna i bogaty w ogrom produktów spożywczych dostępnych dla mojej kieszeni.

Poza długimi ciągami kamienic, na Starówce dużo jest także świątyń. Estończycy to, przynajmniej w teorii, Protestanci, ale naród ten należy do najbardziej zlaicyzowanych w całej Europie. To się akurat władzy sowieckiej udało znakomicie. Kościoły luterańskie święcą więc pustkami i zamiast domów modlitw pełnią funkcję atrakcji turystycznych. Nieco inaczej jest z Rosjanami. W samym Tallinie, zależnie od szacunków, stanowią okoły połowy mieszkańców. Lokalne władze, można mieć wrażenie, nieco się na owej mniejszości wyżywają. Religia jest więc jednym z ośrodków „oporu” wobec natarczywej estonizacji,a prawosławie jest tu w silnej fazie wzrostowej. Cerkwie sa odwiedzane tłumnie, a ich cebulaste kopuły tu i ówdzie wystają zza miejskiej zabudowy, wprowadzając do skandynawskiego krajobrazu nieco zamieszania. Najbardziej bodaj znana jest Katedra Aleksandra Newskiego stojąca na szczycie wzniesienia Toompea, ale wszystkie bez wyjątku są wyremontowane i zadbane.




Są takie miasta na tym świecie, które mimo swojego położenia nad wodnymi akwenami, stoją do nich nie frontem, a tyłem. Ot, chociażby nasza Warszawa, który niby jest grodem nadwiślańskim, ale nic z tego nie wynika poza uciążliwym przejazdem po nielicznych mostach rzuconych w poprzek nurtu. Stolica Estonii do takich przykładów jednak nie należy. Miasto żyje w głębokiej symbiozie z Bałtykiem. Morze jest tuż, tuż. Czuć je w powietrzu. Wystarczy minąć jedną z bram wjazdowych na Starówkę, przejść dosłownie kilkaset metrów po zaskakująco zaniedbanym terenie, by trafić blisko nowoczesnych terminali promowych. Zza budynków prześwitują wody Zatoki Tallińskiej. Bałtyk! Tak dawno go nie widziałem, że aż się wzruszyłem. Dookoła panuje spory ruch. Z okolicznych sklepów wychodzą ludzie obładowani torbami. Wszyscy zmierzają w kierunku stanowisk odprawy. Niektórzy chód mają już ciężki, naznaczony trudem wędrówki od baru do baru. Kilkugodzinny wypad do Estonii to jedna z popularnych form spędzania weekendów pośród Finów. Promem odległość 70 km można pokonać nawet w mniej niż dwie godziny. Główne atrakcje to zabytkowe śródmieście (dla abstynentów) oraz rozliczne sklepy z alkoholami, które przeżywają oblężenie o każdej porze dnia.



Już miałem zacząć w myślach narzekać na deficyt sowieckiej zabudowy dookoła, gdy zza rogu wyłonił się obraz spełniający moje oczekiwania w tym zakresie aż zanadto. Kawałek obok portu swoich ostatnich lat dożywa przedziwny obiekt zbudowany z solidnego betonu. Na pierwszy rzut oka trudno powiedzieć jakie przeznaczenie mogło owe miejsce mieć w czasach swej świetności – oraz kiedy to było. Wielki plac jest pusty. Wiatr po nim dmucha, a słońce nagle znika za chmurami jakby ostrzegając mnie przed kolejnymi krokami. Na murach gęsto od kolorowych napisów i grafitti, spomiędzy popękanych płyt chodnikowych wyzierają kępki trawy, a rząd białych lamp sprawia wrażenie jakby nie dawał światła od wieków. Wchodzę po schodach, wymijam dziury, kałuże, rozbite butelki. Nieliczne grupki podejrzanych osobników, które dopijają właśnie kolejne piwa, zerkają na mnie spode łba. Ze szczytu rozciąga się miły duszy widok na morze. Kawałek dalej, już nad wodą, stoi ogrodzona platforma „helioportu”. Do niedawna jeszcze lądowały tutaj helikoptery, które łączyły Tallin z Helsinkami. Obecnie i ta część kompleksu niszczeje, pogrążając się w zapomnieniu. Jeszcze chwila i mam smutne wrażenie, że po Linnahall, bo tak miejsce nazywa się obecnie, nie pozostanie już nic, poza kupą gruzu.



Obiekt powstał w związku z moskiewskimi Igrzyskami Letnimi z roku 1980. Pałac Kultury i Sportu im. Włodzimierza Ilicza Lenina, bo tak kompleks nazywał się u zarania swoich dziejów, kryje w swoim wnętrzu ogromną salę koncertową. Spełniała ona zresztą inne rozliczne funkcje, m.in. lodowiska. Jej gabaryty na archiwalnych zdjęciach muszą szczerze imponować.

Z takim rozmachem, fantazją i wizją tworzyli jedynie sowieccy architekci! I tylko za czasów ZSRR można było zbudować coś równie szkaradnego, niedostosowanego do lokalnych potrzeb, a jednocześnie modernistycznego i ... nie pozostawiającego obojętnym. Trudno mi było uwierzyć, że za zaryglowanymi wejściami i pod powierzchnią szarego betonu kryje się wnętrze niegdyś tak wystawne i przepastne. Niestety, nie ma możliwości przekonania się o tym na własne oczy. Jeszcze kilka lat temu istniały ambitne plany rewitalizacji tego miejsca, ale wszystko wskazuje na to, że los kolejnego zabytku z niechcianej epoki jest już przypięczetowany. Z pewnym smutkiem i żalem wróciłem na Stare Miasto. Jeżeli naprawdę chcę zobaczyć pozostałości po ZSRR, muszę się pospieszyć, bo z każdą chwilą owe dziedzictwo parszywieje i znika z powierzchni ziemi. Może to i dobrze?