




Wdrapałem się ponownie na górę Toompea. Liczyłem po cichu, że będzie tam równie pusto i spokojnie jak wieczorem. Ale nie. Na trzech tarasach widokowych było aż gęsto od ludzkiej ciżby we wszelakich postaciach i odmianach. Tubylcy, rodziny z dziećmi, wycieczki zorganizowane, samotnicy, skacowana młodzież, powłóczący nogami staruszkowie. Wszyscy, chociaż na moment, zatrzymywali się, by podziwiać Tallin z tej albo innej perspektywy. A jest na czym oko zawiesić. Jeden z punktów, dla przykładu, oferuje panoramę miasta od tej mniej turystycznej, a bardziej post-sowieckiej strony. Na horyzoncie widać rząd szarych blokowisk. Na pierwszym zaś planie widok przedziela paskudny komin przemysłowy. Niby „jak u nas”, nic sensacyjnego, może poza faktem, że w tych oto domach mieszka kilka-, a nawet i kilkanaście procent ... całej populacji kraju.

Z kolei starówka podziwiana z innego miejsca potrafi zachwycić swym architektonicznym bogactwem na nowo. W tle lśnią nowoczesne biurowce ze szkła i stali, podczas gdy tuż za barierką widać wysokie wieże świątyń oraz plątaninę wąskich uliczek gęsto zabudowanych miejską tkanką sprzed kilku wieków. Gdzieś w oddali majaczy telewizyjna wieża, a niedaleko niej, Pirita, mój główny cel na ten dzień.




Jak to czasem bywa, kompaktowe rozmiary miasta i moje rozliczne sukcesy natury rozpoznawczo - topograficznej (mapa spoczywa cały czas w czeluściach plecaka!), sprawiły, że poczułem się już wielkim znawcą Tallina i okolic. Zawędrowałem w ten sposób w zupełnie obce okolice i po mniej więcej godzinie wróciłem po swoich śladach ze świeżym ładunkiem pokory. I to doświadczenie przyniosło jednak pewne refleksje. Dobrobyt i dostojność Estonii sprawiają wrażenie jakby urywały się zaraz za rogatkami śródmieścia stolicy. Kilka kroków dalej pojawiają się szare mury, sfatygowane budynki, pierwsze bloki i różnoraka przemysłowa zabudowa. Biedy może i nie ma, ale szarość i nijakość szybko buduje silne skojarzenia z rodzimymi stronami. Co równie znamienne, w ten sam sposób kończy się lekka dominacja języka estońskiego. Im dalej tym częściej i częściej słyszę jedynie śpiewny rosyjski.


Tym razem wyjmuję mapę dla pewności, że wiem jak idę i za chwilę nie dotrę znowu w okolice granicy z Rosją albo Finlandią (w końcu, niewielkie rozmiary kraju robią swoje). Krótki spacer przez nowoczesne biznesowe „city” i już czuję zew morza. Przede mną wyrasta zza drzew Bałtyk. No, a raczej Zatoka Fińska, po tej stronie lądu nazywaną Tallińską. Po tafli wody sunęły pojedyncze promy pasażerskie i ostatnie jachty, które pożegnalnym rejsem kończyły zapewne letni sezon. Dzika piaszczysta plaża, chociaż brudna od naniesionych wodorostów, nie odstraszała również spacerowiczów. Kawałek dalej spotkałem nawet miłośników kąpieli. I to nie morsowych szaleńców, bo woda była nadal ciepła i pachniała ostatnimi podrygami bałtyckiego lata w pełnej krasie. Droga nadmorską promenadą była naprawdę przyjemna (w ten emerycki sposób w jaki spacery potrafią być tyleż urocze co męczące i monotonne).





Po drodze odwiedziłem ogromny pomnik, a raczej kompleks postawiony ku pamięci ofiar II Wojny Światowej. Betonowy obelisk strzelał w górę tak wyraziście i wysoko, że trudno było przejść obok niego obojętnie. Z daleka wołał do mnie - „i tak wiem, że mnie zaszczycisz, nie udawaj niezainteresowanego”. Mimo komunistycznej szpetoty, pomnik stoi niezmiennie od lat, co dziwi tym bardziej, że o kolejnych rządach niezależnej Estonii można mówić wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że są tolerancyjne wobec swojej sowieckiej przeszłości. Dookoła monumentu rozstawiły się zakochane pary, a rozliczne puste butelki po piwie sugerowały, że obecnie odbywają się tam spotkania towarzyskie dalekie od patriotycznej zadumy nad kolejami losów ludzkich. Spomiędzy betonowych kloców również tam wyrasta dzika trawa, sprawiając wrażenie jakby natura, może i niespiesznie, ale jednak upominała się o swoje.



Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że Tallin to „miasto olimpijskie”. Co prawda, Igrzyska Letnie w roku 1980 odbyły się oczywiście w Moskwie, jednak kilka dyscyplin zostało rozegranych poza granicami stolicy i jej okolic. W ten sposób sportowa gorączka dotarła do Mińska, Kijowa oraz właśnie Estonii. Idealne nadmorskie położenie sprawiło, że to tu właśnie rozegrano zawody jachtowe. Po nich pozostał jacht club Pirita, którego budynek i infrastrukturę do dziś dnia zdobią olimpijskie koła. Jego częścią jest także molo wcinające się w głąb akwenu, po którym trudno odmówić sobie spaceru, mimo że silnie operujące słońce wymęczyło mnie już do tego czasu okrutnie, a w głowie maszerował mi tłum pijanych świeżym jodem słoni.


Na regenerację sił najlepsza jest oczywiście dobra kuchnia i solidny posiłek. Na wzmocnienie apetytu zerkam więc na restauracyjne stoliki i cudze talerze. Wszystko wygląda wybornie, ale w samotnych wojażach nigdy nie jestem sam. Mój dzielny kompan, czyli wąż w kieszeni jasno dawał do zrozumienia, że żadna kiełbasa, nawet ręcznie robiona i z dodatkiem jabłek, nie jest warta takich pieniędzy. Na szczęście Supermarket Rimi obfitował w rozliczne frykasy, a jego podwoje otwarte były do późnych godzin wieczornych. Czarny chleb (czarny, nie brązowawy jak u nas!), do tego solidna, tłusta wędlina i piwo sprawiły, że wieczorem znowu nabrałem energii na spacer po Starym Mieście. Ze zdziwieniem dotarłem do kilku miejsc, które wcześnie jakoś mnie unikały. W zakamarkach znalazłem sporo kamienic, których elewacja aż prosiła się o remont, a zabite deskami okna sugerowały, że od lat nikt w nich nie mieszka. Około dwudziestej drugiej pusto było nie tylko tam, ale również na głównym placu, po którym kręciły się jedynie pojedyncze niedobitki spacerowiczów. Mimo nacierającego frontu chłodnego powietrza, z wielkim trudem zmusiłem się do powrotu do pokoju.
