
Lewady to nic innego jak kanały irygacyjne. Pierwsze powstały wiele wieków temu. Pionierscy osadnicy szybko zauważyli, że przyjemna do życia południowa część wyspy ma deficyt zdatnej wody, podczas gdy część środkowa i północna, jest nie tylko surowa, ale przede wszystkim, cały rok wilgotna i deszczowa. Postanowiono więc nadmiar wody odprowadzać, tam gdzie jest potrzebna i życiodajna – na pola, uprawy i do skupisk ludzkich. Ich budowa nie była zadaniem prostym. Jedynym sprzymierzeńcem były ... kąty pochylenia. Strumienie spływały ochoczo z gór prosto na niziny. Cała reszta, stanowiła jednak olbrzymie wyzwanie. W górskim terenie porośniętym gęstym poszyciem lasów, przeprowadzenie prac pochłonęło wiele ludzkich istnień (głównie niewolników, ale o tym wspomina się sporadycznie). Są nawet takie lewady dla których specjalnie wydrążono tunele – ręcznie! Tysiące kilometrów misternych tras, wykutych często w skałach, balansujących na półkach i występach wysoko nad powierzchnią gruntu, są do dzisiaj świadectwem uporu, pomysłowości i poświęcenia. W kanałach nadal płynie woda, a trasy wzdłuż lewad stały się najważniejszą atrakcją całej wyspy. Niegdyś, chodzili po nich pracownicy oddelogowani do kontroli przepływów (spadające liście, osuwiska ziemi, konary i gałęzie należało usuwać na bieżąco, by zapewnić nieustanne działanie całego systemu). Obecnie przede wszystkim drepczą po nich turyści. Ogromny wybór tras, od łatwych do ekstremalnych, sprawia, że lewady są odwiedzane zarówno przez młodych, wysportowanych ludzi (to ja), jak i emerytów wszelkiej maści.
Przywitał mnie poranek deszczowy i pochmurny. Każdego dnia, nad wzgórzami okalającymi Funchal groźnie wisiały czarno-szare chmury. Tym razem jednak najwyraźniej zawitały nad samo miasto, zasłaniając słońce i sprawiając, że wszystko dookoła nabrało wypranej, szarej barwy...

W autobusie, oprócz mnie, był tylko jeden pasażer. Myślałem, że jedzie razem ze mną, ale to ja wysiadłem, a on pojechał dalej, do Santany. Wita mnie Ribeiro Frio. Dookoła pustka. Ledwie 30 minut od zatłoczonych przedmieść, a znalazłem się w miejscu opuszczonym przez Boga i cywilizację. Dookoła zielone lasy. Po obu stronach drogi rozlokowało się kilka domów, których kształty ginęły ukryte za mleczną mgłą. Z nieba siąpił kapuśniaczek, temperatura oscylowała wokół dziesięciu stopni z hakiem. Gdyby nie leniwe prace na pobliskiej budowie, nie byłoby tu żadnego znaku życia. Nawet samochody przejeżdżały z rzadka – raz na pół godziny!


Ribeiro Frio oferuje dwie trasy. W pierwszej kolejności wybrałem się w kierunku „Balcoes”. Ścieżka skręcała w las, błoto utrudniało marsz, ale trudno powiedzieć, żeby było to forsowne wyzwanie. Na krańcu znajduje się punkt widokowy (tytułowy balkon), z którego rozciągają się niesamowite widoki na dolinę i okoliczne szczyty. PONOĆ się rozciągają, bo owego dnia, widoczność sięgała metr dookoła. Na widok owej mlecznej ściany tylko się roześmiałem. Barierki ginęły w szarości, na próżno liczyłem, że nagle się przejaśni i będę zaszczycony ujrzeć majestat przyrody. Ale mimo wszystko, miało to swój niepowtarzalny klimat. Samotność w lesie, poranna mgła, ciche nawoływania ptactwa i ja sam jeden, jedzący na śniadanie ciastka z supermercado...




Na szczęście jest internet, który pokazuje co by było gdyby owego dnia nie było takich niesprzyjających warunków atmosferycznych…

W drugiej kolejności wkroczyłem na trasę Levadia Furadio. Liczy ona kilka ładnych kilometrów (w zależności od źródła, potrzeba na jej przejście nawet i pół dnia), a tablica ostrzega przed możliwością „vertigo”, czyli miejsc gdzie może się zakręcić w głowie od wysokości. Moim sprzymierzeńcem jest jednak mgła. Mało przez nią widać, więc nawet na wąskich skalnych ustępach nie za bardzo czułem niepokój. W myśl zasady, że czego oczy nie widzą ... tego serce się nie boi.
Nie za bardzo orientowałem się, gdzie jestem i jak szybko idę, więc dałem sobie półtorej godziny na marsz „tam” i drugie półtora na powrót do Ribeiro Frio, tak by zdążyć na autobus (jest ich łącznie tylko kilka dziennie). Po drodze, rozliczne atrakcje. W takich chwilach przypominam sobie jak bardzo lubię takie niewinne „trekkingi”. Mijam wodospady, gang napalonych kaczek, ścieżka raz jest bezpieczna i szeroka, by po chwili przytulać się do skalnego brzegu, zmuszając do porzucenia beztroskiego chodu na rzecz kroków delikatnie stawianych z namysłem. Widoki, nawet tego dnia, bywały zachwycające, pokazując surowe piękno przyrody Madery (jakże odmiennej od południowej części wyspy). Trudno uwierzyć, że taka niewielka przestrzeń może pomieścić w sobie tak różne ekosystemy. Niekiedy bywało naprawdę gorąco (w sensie psychicznym, bo temperatura nadal była niska, a deszcz zacinał), ale jako że przemierzałem szlak sam, dodawałem sobie otuchy przekleństwami i nuceniem wojowniczych melodii. Nie przeszkadzał mi nawet deszcz i to, że buty tonęły w błocie.




Kiedy osiągam punkt maksimum (nadal nie wiedząc czy przemierzyłem dwa czy pięć kilometrów), postanawiam wracać. O ile przez cały ten czas nie spotkałem dosłownie nikogo, w drugą stronę mijałem co chwila kolejne grupki osób. Nie wiem co prawda co to za przyjemność iść gęsiego w gronie dwudziestu innych ludzi, ale o gustach ponoć się nie dyskutuje. Niemniej, znowuż dały się odezwać moje antyniemieckie uprzedzenia. Anglicy witali się ze mną, ochoczo ustępując drogi (jedna babulinka prawie, że spadła w dół, chcąc być miła i pomocna, co za wspaniała kobieta!). Ale Niemcy? Niemcy szli jak tarany do przodu, nie zważając na moją skromną osobę, nie odzwajemniając moich skinień głową. Zupełnie jakby nie chodziło o przyjemną wycieczkę, a co najmniej marsz na Stalingrad i walkę z czasem żeby zdążyć przed Generałem Zimą. Gdyby mogli, najchętniej zepchnęliby mnie w przepaść, takie odnosiłem wrażenie, gdy musiałem przepraszając na lewo i prawo, przeciskać się między nimi, a piorunami, które ciskali spojrzeniami.

Kiedy w końcu dotarłem do zabudowań, cieszyłem się jak dziecko (jak zmarznięte dziecko). W jedynym wyszynku w okolicy posiedziałem chwilę nad kawą, wyczyściłem się z większego błota i cały spocony oraz przemoczony deszczem jednocześnie, wróciłem do Funchal akurat, by zdążyć odprowadzić Anię na katamaran. Przez następne kilka godzin miała ona okazję polenić się pływając po Oceanie, a także zauważyć bawiące się w wodzie młode wieloryby (ponoć wieloryby, pewności nie mamy, na zdjęciach przypominają raczej delfiny).





Przystań promowa pełna jest różnorakich grafik. Jak się okazało po badaniach Ani w tym temacie, są to pamiątki pozostawiane przez załogi łodzi, które mają przepłynąć Atlantyk. Rysuje się je, by odpędzić złe fatum i wybłagać u Neptuna pomyślność w tej niełatwej przecież przeprawie... Na ścianach można znaleźć małe dzieła sztuki (jak zwykle, najmniejszą fantazją wykazuje się sami-wiecie-jaka narodowość).









W oczekiwaniu na powrót Ani, spaceruję znowu po Funchal. Jednym z najbardziej miłych miejsc w mieście jest z pewnością Praco do Municipio, czyli Plac Miejski, otoczony pięknymi budynkami z katedrą na czele. Od placu odchodzą w górę wąskie uliczki, które kryją w sobie dodatkową porcję niebanalnej architektury i przemiłej atmosfery nadmorskiego miasta oddychającego swoją wielowiekową przeszłością. W tej gęstwinie ukryte są zarówno kościoły, jak i leciwe sklepy, których podwoje od dawna nie są już dostępne dla klientów. Miło jest się tam poszwędać, chociaż trzeba przyznać szczerze, że po kilku dniach, Funchal nie ma już dla nas większych tajemnic. Wszędzie byliśmy, wszystko (niemal) widzieliśmy.






Pora w końcu napisać coś o scenie gastronomicznej. Cenowo Madera wypada zaskakująco pozytywnie. Nadal drożej niż w ojczyźnie, ale w porównaniu do wielu miejsc na mapie Europy Zachodniej, jest po prostu tanio. Co oznacza, że obiad można zjeść za mniej niż dziesięć euro (a czasem nawet i najeść się tym da radę), ale nie są to dania zwykłe. Jedliśmy głównie ryby i owoce morze. Te pierwsze są reprezentowane nade wszystko przez lokalne espady, stworzenia wyjątkowo brzydkie, o głowach wręcz odpychających i oczach, które nawet martwe patrzą z nienawiścią... Ale smakują lepiej niż się prezentują. Z kolei opcją najtańszą są sardynki, czy może raczej sardyny, mając na uwadze ich spore kształty. Z owoców morza zaś, cóż, wybór był zawsze ogromny, wszystko świeże i zachęcające do konsumpcji. Ja szczególnie często decydowałem się na ośmiornice, także dlatego, że finansowo było to danie o wysokiej stopie opłacalności. Jedyne co nas szybko zaczęło denerwować to kelnerzy oraz ich uprzejma nachalność (a może nachalna uprzejmość). Owe nadskakiwanie z całą pewnością odpowiadało emerytom, szczególnie niemieckim. Nas jednak irytowało. Podczas spacerów unikaliśmy okolic wszelakich wyszynków, byleby tylko po raz kolejny kręcić głową i mówić – „dziękujemy, nie jesteśmy głodni”.
