czwartek, 10 listopada 2011

10.11, Dolina Zakonnic i pożegnanie z Funchal

Ostatni dzień na Maderze! Jak ten czas leci, można pomyśleć. Zerkamy na mapę i z żalem stwierdzamy, że jeszcze mnóstwo rzeczy czeka na odkrycie. Całe północne wybrzeże, dla przykładu, ponoć piękne, surowe i praktycznie niezamieszkałe, nie doczekało się naszej wizyty. Może to i dobrze, będzie po co jeszcze tutaj wrócić?

Powtarzamy schemat z poprzedniego dnia. Czyli, najpierw ranek i południe spędzamy osobno, a potem już resztę czasu wspólnie wałęsamy się po Funchal, żegnając z żalem każdy znajomy kąt. Tym razem wybrałem się do Curral das Freiras, miasteczka położonego mniej więcej w środkowej części Madery. Na ten sam pomysł wpadła również setka emerytów.

Wysiadam jednak wcześniej, w Eira do Serrado. To punkt widokowy położony na szczycie wzgórza. Z tarasu rozciąga się przepiękny widok na okoliczną dolinę o kształcie podkowy, gdzie, ukryte przed światem, przycupnęły zabudowania tytułowej mieściny. Tym razem żadna mgła nie ogranicza widoczności, a mój lęk wysokości ma sporą pożywkę. Podejście do barierki kosztuje nieco nerwów, a serce bije mocniej niż zazwyczaj. Jednak otoczenie wynagradza wszystko. Zbocza są surowe, chmury wiszą w kotlinie, muskając szczyty. Niemal słyszę jak się poruszają, płynąc w bliżej nieokreślonym kierunku.

Podobnie jak w przypadku Ribeiro Frio, ledwie kilkadziesiąt minut drogi od zatłoczonej stolicy, Madera nagle zmienia swoje oblicze. Znikają momentalnie zabudowania, a natura zaczyna zdecydowanie dominować nad przejawami ludzkiej aktywności. Nawet budująca się na szczycie nowa restauracja (bodajże) nie jest w stanie zakłócić spektaklu, który w tym miejscu wystawia przyroda, ze sobą w głównej roli...





Żeby dotrzeć do Curral das Freiras trzeba zejść kilkukilometrową, ubitą i niezbyt zabezpieczoną trasą, która wiedzie zboczem prosto w dół. Jej pokonanie, znowuż, nie było specjalnie wymagające, aczkolwiek w kilku miejscach wypadało skupić się tak na podłożu, jak i zachowaniu stosownej odległości od krawędzi zza której majaczyła pustka. Zdarza się czasem, że ścieżka jest zamknięta dla ruchu, gdy deszcze zmywają ziemię, tworząc w niej wyrwy uniemożliwiające przejście. Niesamowite jest to, że do 1959 roku, kiedy powstała jezdnia łącząca miasteczko z resztą cywilizacji, była to jedyna trasa umożliwiająca dotarcie do doliny. W zimę (która w tym miejscu akurat wyjątkowo dla Madery występuje) zdarzało się wręcz, że połączenia nie było żadnego. Miejsce na pewien czas zamykało się w swoim własnym mikrosystemie. To zresztą owe odosobnienie stanęło u powstania osady. W 1566 roku, w dolinie schronienie znalazły zakonnice, które zbiegły z Funchal przed francuskimi korsarzami plądrującymi Maderę. Sama jej nazwa oznacza zresztą Dolinę Zakonnic.






Sama wioska w pełni odzwierciedla powiedzenie, że nie liczy się by króliczka dogonić, tylko żeby go gonić. Po takiej drodze, można mieć nadzieje, że na miejscu czeka na nas perła ukryta przed niszczycielskim okiem współczesności. Curral das Freiras zamieszkuje mniej niż dwa tysiące osób ale miłośników historii spotkać tu może jedynie rozczarowanie. Poza kilkoma drobnymi wyjątkami, zabudowa jest nowa, betonowa i pozbawiona patyny czasu. Z zabytków zachował się jedynie XIX-wieczny kościół, którego wieża malowniczo odcina się na tle zatopionych w chmurach wierzchołków. Moją uwagę zwraca leżący tuż obok malutki, miejski cmentarzyk. Można by się spodziewać, że w takich warunkach, tubylcy dożywają sędziwych dni, jednak pobieżna inspekcja nagrobków pokazuje ludzi w sile wieku, którzy odeszli zdecydowanie za szybko...







Najlepsze co można w Curral das Freiras robić to po prostu gdzieś usiąść i chłonąć leniwą atmosferę mieszkańców i ich miasteczka. Kiedyś jednak zaczyna nużyć nawet to. Można by oczywiście wrócić na górę tą samą trasą, ale podobnie jak kilkoro turystów, grzecznie czekam na autobus i docieram do Funchal malowniczą trasą, która wije się i skręca narażając mnie na nerwowe zerkanie zza okno.

Popołudniem, nie powiem, żal żegnać się nam było z tym miłym miejscem. Najpierw trafiamy na miejski targ, który częściowo zamknął już swoje podwoje. Na dole, w śmierdzącej rybami sali, dawno już skończono codzienny handel owocami morza we wszelkiej postaci. Ostały się jednak rozliczne stanowiska z owocami. Ich wybór mógł przyprawić o otępienie wywołane brakiem umiejętności nazwania większości z nich. Ostatecznie, my także wychodzimy stamtąd z małymi zakupami. Kilka egzotycznych produktów kosztowało nas astronomiczną kwotę I dopiero po pewnym czasie dociera do nas, że miły sprzedawca najwyraźniej naciął nas jak pospolitych frajerów (zapewne dlatego, że wyglądamy jak pospolici frajerzy).




Kawałek za ogrodami Świętej Katarzyny, znajduje się Quinta Vigia, różowy osiemnastowieczny budynek, który jest siedzibą prezydenta Madery (stanowisko prezydenta to symboliczny przejaw autonomii jaką wyspa posiada). Zabudowania są skromne, niegodne w sumie większej uwagi, ale po okolicznym parku kręcimy się chwilę w asyście skrzeku papug. Ptaki zerkały na nas z jawną wrogością zza krat klatek, wydobywając wyjątkowo nieprzyjemną gamę dźwięków (zapewne ze świadomością, że te rejestry ranią nasze uszy). Z ulgą więc stamtąd uciekliśmy, po drodze dostrzegając jeszcze w fontannie martwą mysz. Widać, również nie mogąc znieść tego jazgotu, popełniła samobójstwo...




Funchal to pierwsze miejsce, w którym spędziliśmy na urlopie aż tyle czasu. Zazwyczaj uprawiamy turystykę objazdową, poświęcając na jedno miejsce góra dwa, trzy dni. Tym razem jednak, wbrew naszym (albo raczej moim) zwyczajom, osiadliśmy w jednym miejscu i to z niego ruszaliśmy na rekonesans. Ma to swoje dobre i złe strony. Po pierwsze, nieco jednak odpoczęliśmy, co zazwyczaj na wakacjach nam się jednak nie zdarza. Po drugie, poznaliśmy dzięki temu Funchal dogłębnie, ostatniego dnia czując się, dosłownie, jak u siebie, w dobrze znanym domu, w którym każdy kąt pachnie rozpoznawalną wonią. Rozstawać się z takim miejscem jest jeszcze trudniej niż zazwyczaj! Złe strony? Brak ustalonej marszruty rozleniwia, bo człowiek to istota ze swej natury dążąca do minimalizacji wysiłku. Nasze “wycieczki” mogłyby więc być bardziej intensywne, mogliśmy zobaczyć więcej. Tylko czy zawsze musi w życiu chodzić o więcej i więcej?