
Ostatecznie, owego dnia, postanowiliśmy pojechać na zachód. Nie za daleko, bo do Ribeira Brava, by wracając zahaczyć o Camara de Lobos, przez wielu uznawane za najbardziej malownicze miejsce na całej Maderze.
Był poniedziałek rano i nasza pierwsza refleksja brzmiała następująco: to miasto żyje! Po weekendowej ciszy, nagle znaleźliśmy się w środku harmidru i osób zmierzających do pracy. Uliczki były zakorkowane, chodniki pełne przechodniów spoglądających nerwowo na zegarki, a lokalne kawiarnie przeżywały oblężenie. Musieliśmy się nieco naszukać prawidłowego przystanku skąd odjeżdżał interesujący nas autobus. Przy okazji, mieliśmy przyjemność zobaczyć na własne oczy, niegdyś największy statek pasażerski świata. Pod osłoną nocy do portu zaokrętował nie kto inny, a sam „Independence of the Seas”.

Niemiecki prom, którym zachwycaliśmy się ledwie kilka godzin wcześniej, w porównaniu do tego olbrzyma, momentalnie zrobił się mikry, skurczony i taki jakiś „enerdowski”. Trudno było oderwać oczy od majestatu nowego gościa w Funchal. „Independence” odbywało akurat swój kolejny rejs po morzach i oceanach świata. Kolejnym punktem podróży były zapewne albo Azory albo Kanary. Potem – skok przez Atlantyk w stronę roztańczonych i parnych wybrzeży Brazylii... Można sobie pomarzyć.
Pora wrócić do rzeczywistości (wyjątkowo, również kolorowej). Autobus w zaledwie dwadzieścia minut dowiózł nas na miejsce. Jechaliśmy via rapido, drogą szybkiego ruchu, która sama w sobie jest małym architektonicznym cudem (których zresztą na wyspie nie brakuje). Trasa, zamiast kluczyć po rozlicznych górkach, przecina je w poprzek. Co chwila wjeżdżamy do kolejnych, pachnących jeszcze świeżością, tuneli. Niektóre są naprawdę długie, inne – ledwo co się zaczynają, a już widać ich koniec. Cała droga jest zbudowana na estakadach, poniżej betonu widzimy więc domy, mikre poletka, ale przede wszystkim linię brzegową, o którą rozbijają się bałwany wody. Z jednej strony, jest szybko i wygodnie, z drugiej jednak, nowoczesność wygląda niczym rana zadana surowemu pięknu nieskalanej natury...
Ribeira Brava, czyli „zła rzeka” to malutka mieścina. Zamieszkuje ją kilka tysięcy osób i chociaż turystyka już dawno odkryła jej wizualne walory, trudno mówić, by zatraciła cokolwiek ze swojego leniwego klimatu. Chociaż ośrodek powstał już w XV wieku, poza jednym kościołem pod wezwaniem Świętego Benedykta, trudno znaleźć tam jakiekolwiek inne budynki o historycznym znaczeniu (do wyliczanki można jeszcze dodać nadmorski fort, w rzeczywistości składający się z jednej malutkiej baszty). Nie pozostało nam więc nic innego jak tylko porozkoszować się widokiem na ocean, spacerując tu i tam. Plaża składała się z kamieni, które poruszane przez fale wydawały głośny, dudniący i łaskoczący migdałki grzechot. Trzeba być Niemcem, żeby w takim miejscu rozłożyć się z ręcznikami.
Oprócz nas, pustki. Największe zamieszanie robili chyba autochtoni, którzy pod parasolem z pasją grali w karty. Tego dnia widzieliśmy takie obrazki jeszcze kilka razy. Scenariusz zawsze był podobny. Zacięte twarze, emocje, a co chwila, wybuchy kolejnych kłótni, wstawanie, obrażanie się, wymachiwanie rękami i … powrót do stolika. Poza emeryckim hazardem, Ribeira Brava była pogrążona w ciszy z szumem morza w tle.






Nieco czasu zajęło nam złapanie autobusu do kolejnego punktu na mapie do odwiedzenia tego dnia. Tym razem podróż trwała dobre kilkadziesiąt minut, a trasa wiodła krętymi serpentynami oplatającymi wzniesienia. Pojazd przeżywał fizyczne wręcz męki, piszcząc przy każdym z miliona zakrętów.
Camara de Lobos, w porównaniu do Ribeira Brava wręcz pulsowało życiem. Miasteczko od początku nam się spodobało, mimo iż niewiele jest miejsc na tym świecie, które można poznać tak dobrze na podstawie … tysięcy fotografii, które uwieczniają ów majestatyczny widok na białe domki przycupnięte nad uroczą zatoczką zapchaną rybackimi kutrami. I ja dołożyłem swoją skromną kontrybucję do owego dziedzictwa.


Miejsce stało się słynne dzięki Winstonowi Churchillowi. Angielski premier odwiedził Maderę dwukrotnie. Raz, na początku XX wieku, gdy był jeszcze młokosem i zmierzał do Afryki Południowej. Wrócił po wielu latach, gdy po wyborczej porażce, postanowił odpocząć od polityki. W 1951 roku przypłynął na wyspę, by zregenerować nadwątlone już siły oraz na spokojnie uzupełnić swoje wspomnienia związane z II Wojną Światową. Po wyspie podróżował ponoć Rolls Roycem, a największy zachwyt wywołała właśnie owa mikra osada, Camara de Lobos, którą Churchill namalował na kilku obrazach.

Od tamtych czasów, ku naszej radości, niewiele tu się zmieniło. Kolorowe statki jak stały na wybrzeżu tak nadal stoją. Ryby nadal suszą się na słońcu, rozłożone jak latawce i niemal przeźroczyste. Rybacy, jakżeby inaczej, albo lekko zataczają się od nadmiaru madery, albo rżną w karciochy, gotowi skoczyć do oczu najlepszemu przyjacielowi. Ci co bardziej pracowici, naprawiają sieci, spoglądając na nas nieco z ukosa. Mimo iż Camara de Lobos codziennie nawiedzają tabuny zwiedzających, wszystko dookoła jest jakże autentyczne. Mieszkańcom wcale nie żyje się tak lekko i bezboleśnie, a połowy to nadal najważniejszy składnik domowych budżetów. Romantyzm miesza się z prozą codziennej walki o następny dzień. Tym mocniej można było odnieść wrażenie obcowania ze światem, o którym współczesna cywilizacja jakby zupełnie zapomniała.





Po sycących posiłkach skonsumowanych na niezwykle malowniczo położonym tarasie, poszwędaliśmy się po rozlicznych zaułkach, wcale nie mając ochoty gdziekolwiek stąd wyjeżdżać. Szczególnie imponująco prezentował się widok na klify Cabo Girao – jedne z największych na świecie. Wiatr wiał tak mocno, że musiałem trzymać Anię, która czasami zaczynała niebezpiecznie unosić się w powietrzu, gotowa niemal uciec porwana porywem.








Wieczorem bez problemu wracamy do Funchal. Trasa wiedzie przez wschodnią część miasta, która zawiera w sobie „Zona Hotelaria”, istne nagromadzenie hoteli wszelkiej maści. Spoglądamy na ten dziwny świat zza okna autobusu ze zdziwieniem. Betonowy las, sztuczna rzeczywistość dopasowana do turystycznych potrzeb i wymogów. Irlandzkie puby przeniesione tysiące kilometrów od Dublina. Niemieckie restauracje, gdzie zapewne można zjeść nie tylko wursta ale i popić piwem przyniesionym przez wydekoltowaną frau. Dla kogo i po co to wszystko? Odpowiedzi znamy, ale nadal nie rozumiemy. Z tym większą radością ucieszyliśmy się na widok „naszego” starego, dobrego śródmieścia, które na całe szczęście było daleko od tej przerażającej plastikowej ułudy.
