wtorek, 8 listopada 2011

08.11, Machico

Leniwy klimat panujący na Maderze szybko udzielił się i nam. Tego dnia postanowiliśmy pojechać na wschód, do dawnej stolicy, Machico. Rozpatrywaliśmy jeszcze wycieczkę dalej, do Canical, niewielkiej rybackiej osady, która przed laty była ośrodkiem przemysłu wielorybniczego, ale szybko z niej zrezygnowaliśmy.

Ania nie miała ochoty przesadzać z jakimkolwiek wysiłkiem, a ja się grzecznie jej podporządkowałem (w duchu ciesząc się z tego, że mam tak solidną wymówkę by i samemu się najzwyczajniej polenić). A najgorsze jest to, że wcale nie czułem się z tego powodu źle... Urlop pełną gębą, po raz pierwszy od Świnoujścia w drugiej połowie lat 80-tych, kiedy zajęty byłem głównie układaniem babek z piasku, a największą sensacją wyjazdu była chwila, gdy niechcący nieomal nie przekroczyłem granicy Polski z NRD (wygląda na pięć lat ale ordnung must sein, pomyśleli pewnie niemieccy strażnicy, naciskając miękko palcem spust).

Jazda autobusem, jakżeby inaczej, dostarczyła sporo pięknych widoków. Zabudowania ciągnęły się długie kilometry. Domy na Maderze stoją jeden nad drugim, tworząc tarasy betonu oblepiające wzgórza. Każdy budynek „chce” widzieć pobliskie morze. Każdy jest zwrócony w stronę majestatu Oceanu, a dookoła wyrasta ciągle nowa, agresywna konkurencja, która widok zasłania i szpeci. Domy są tam wszędzie, pną się w górę, pną się w dół, schodząc niemal wprost do wody. Absolutne szaleństwo! Wielkie żurawie pracują nad wielkimi blokami, jeszcze chwila a nie będzie tu ani kępki wolnej przestrzeni, myślę sobie z pewnym smutkiem. Droga wije się, kręci, sprawiając, że w podróży spędzamy około godzinę, chociaż Machico nie jest wcale od Funchal tak znowuż daleko.

Samo miasteczko, teoretycznie drugie pod względem wielkości na całej wyspie, jest i tak niewielkie, ale w przeciwieństwie do takiej Ribeira Brava, sporo w nim starszej zabudowy pamiętającej minione wieki. Znowuż jednak, to co najważniejsze, dzieje się nad wybrzeżem. Nowoczesna promenada ściąga do siebie nielicznych turystów (i całkiem licznych pensjonariuszy okolicznych hoteli, w większości Rosjan i Polaków). Jest nawet molo. Woda jest tutaj zadziwiająco mętna, brązowa niczym komunalny ściek. To jednak nie efekt zanieczyszczeń, a tego, że ta akurat okolica pełna jest wodorostów, które pozostawiają po sobie ów brzydki, acz nadal naturalny i zdrowy, szlam. Dla upartych, w Machico jest malutka, ale piaszczysta plaża. Piasek jest oczywiście sprowadzony specjalnie, bo natura jedyne co ma do zaoferowania w kwestii podłoża to kamienie, kamienie, kamienie...




Z perspektywy czasu nie do końca wiem w jaki sposób mogliśmy w tym miejscu spędzić więcej niż godzinę, góra dwie. Wszelkie tamtejsze „atrakcje” można było obejść w kilkadziesiąt minut i to w tempie nader spokojnym. Machico oferuje kilka wąskich uliczek, żółty fort, tym razem większych rozmiarów niż inne, które napotkaliśmy wcześniej, no i malowniczy plac z białym kościołem w roli głównej. Tam szczególnie udzielał się nam klimat leniwego, nadmorskiego miasteczka, w którym dzieje się niewiele. Pod drzewami, na ławkach przesiadywali starsi panowie, taksówki czekały na klientów, wiatr poruszał drzewami, dookoła pustka i spokój. Po drugiej stronie rzeki znaleźć można było jeszcze nieco klimatycznej zabudowy, doliczmy do tego przystań, kolejną kapliczkę zlokalizowaną na drugim krańcu zatoczki i... to tyle. W takiej sytuacji samolot zbliżający się do lądowania na pobliskim lotnisku stawał się atrakcją, która momentalnie przyćmiewała wszystko inne. Mimo wszystko, wracaliśmy do „siebie” z pewnym żalem, bo Machico jest równie monotonne, co urocze.






Wieczorne Funchal wygląda tak powabnie, że z wielkim trudem zmuszamy się do powrotu naszego hotelu. Szczególnie podobają mi się tutejsze chodniki, złożone misternie z pokruszonego materiału w bieli i czerni. To prawdziwe dzieła sztuki. Wzorki są przeróżne, od trudnych do rozpoznania „esów floresów” kończąc na statkach pływających pod stopami przechodniów. Światło latarń odbija się od nich, tworząc pomarańczowo-mgielną poświatę, która dodaje kolejną porcję magizmu do miejsca, które ma go już i tak w nadmiarze... Po tym jakże poetyckim dniu, pełnym artystycznych uniesień postanowiłem upić się w hotelu winem, jednak dosyć szybko spasowałem zasypiając nad mapą Madery z jedną myślą w głowie: gdzie pojechać jutro?