
Pierwszy i ostatni kontakt z Maderą, w naszym przypadku, przypadł oczywiście na lokalne lotnisko. Ciągnie się za nim równie ponura co podniecająca sława jednego z najbardziej niebezpiecznych na świecie. Zupełnie słusznie, aczkolwiek obecnie jest to jedynie wspomnienie przeszłości. W samym 1977 roku doszło na nim do dwóch katastrof. Wyzwaniem była krótka droga lądowania, nie pozwalająca na najmniejsze nawet błędy. Na przełomie tysiącleci zakończono ogromne architektoniczne przedsięwzięcie, dzięki któremu pas startowy został prawie dwukrotnie wydłużony. Specjalna konstrukcja osadzona na dziesiątkach potężnych kolumn robi wrażenie (autobusy przejeżdżają trasą wiodącą pod pasem, więc można się napatrzeć na potęgę wsporników) i nie bez powodu, na wielu pocztówkach, obok klifów, urokliwych domków i zieleni, jako kolejny symbol Madery widnieje ono, lotnisko.

Jednak i dzisiaj lądowanie czy start może przyprawić o gęsię skórkę. Po pierwsze, lotnisko jest położone pięknie, tuż nad wodą, wciśnięte pomiędzy ocean a okoliczne wzniesienia. Samolot zanim ostatecznie wyląduje, przez dłuższą chwilę obniża się, lecąc równolegle do brzegu. Po drugie, i na to człowiek nadal (na całe szczęście!) nie ma wpływu, pogoda na wyspie czasem jest w stanie zrobić spore zamieszanie. W najbardziej krytycznych sytuacjach, szczególnie jesienią i zimą, loty są przekierowywane albo do pobliskiego Porto Santo albo na Kanary. Wiatr nad Maderą potrafi porządnie zawiać, sprawiając, że lądowanie staje się niewykonalne. Wypada to mieć na uwadze, szczególnie, gdy chce się tu przylecieć właśnie o tej porze roku (chociaż na Azorach jest jeszcze gorzej). Praktycznie zawsze zaś (ponoć, nas to ominęło) można doświadczyć drobnych złośliwości Matki Natury w postaci kręcących strumieni, które rzucają samolotem na boki...



Lotnisko jest nowoczesne i przyjemne. Po odprawie czeka nas (no dobrze, mnie) miła niespodzianka. Zamiast gnić wewnątrz w oczekiwaniu na boarding, można ten czas spożytkować na otwartym tarasie widokowym, z którego można podziwiać pas startowy. Szkoda jedynie, że ruch w Funchal nie należy do szczególnie intensywnych. Jednak i tak z wielkim trudem udaje się mnie odciągnąć od barierek...

Lizbonę witamy jak starą znajomą, chociaż prawda jest taka, że poprzednio spędziliśmy w niej ledwie kilkanaście godzin. Mimo to, miłe to uczucie, gdy daleko od domu człowiek wie gdzie ma iść, do jakiego autobusu wsiąść i gdzie wysiąść, by dotrzeć do hotelu. Minął tydzień i sporo się zmieniło, ale nie jedno. Nadal ciągniemy za sobą walizkę, która na odległość kilometra dookoła daje znać, że nadchodzimy!
Popołudniem postanowiliśmy przejechać się tramwajem nr 28 na górę, w kierunku lizbońskiego zamku. To naczelna atrakcja turystyczna, więc pojazd był wypełniony ludźmi, ale w porównaniu do obrazków jakie widywaliśmy wcześniej, mogliśmy powiedzieć, że mieliśmy szczęście. Trasa kluczyła po wąskich uliczkach, wdrapując się w górę, czasem pod zupełnie irracjonalnymi kątami. Tramwaj rzężał, charczał, ale dzielnie wykonywał polecenia motorniczego. Za oknem zaś roztaczał się widok na codzienne życie Lizbony. Ulice były brudne, wiele drzwi wyglądało na zamknięte od dekad, ściany zdobiły rozliczne grafitti o wypranych kolorach.




Zamek Św. Jerzego, położony na wzniesieniu górującym nad miastem, jest z pewnością piękny, ale w nas nie wzbudził większego zainteresowania. Może przez tłumy, a może przez to, że pogoda (raz ciepło, raz chłodniej i tak co chwila na zmianę!) zaczęła nas męczyć. Nie zdecydowaliśmy się wejść do środka, tym bardziej, że owa przyjemność kosztowała zdecydowanie za dużo jak na nasze, polskie przecież, kieszenie. Zamiast tego pokrążyliśmy przez dłuższy czas po okolicach, schodząc powoli z powrotem w kierunku rzeki. Przez chwilę łudziłem się jeszcze, że mapa będzie jakkolwiek pomocna, ale po pewnym czasie, schowałem ją do torby i po prostu rozkoszowałem się atmosferą Lizbony dookoła. Można o niej powiedzieć wiele, że szara, że archaiczna, że brudna, ale przede wszystkim, przyznać trzeba, że wciąga i intryguje. Po brukowanych uliczkach co chwila przetaczają się tramwaje, wąskie przejścia kuszą tajemnicami, złapać oddech pozwalają szersze place, na których, w cieniu świątyń buzuje owe leniwe, portugalskie życie. Dzieje się tam tak wiele i tak mało jednocześnie. Tkanka miejska w całości oblepiła wzgórza, rozliczne punkty widokowe ukazują miasto, które niczym warstwami czeka na kolejnych odkrywców. A przynajmniej na takich, którzy mają na to czas. Dużo czasu. My myślimy, że nie ma nadwerężać sił. Może tu wrócimy, na przykład, w drodze na i z Azorów?








Wieczorem jemy posiłek w tej samej knajpce co pierwszego dnia. Widać, że słusznie zdiagnozowaliśmy ją jako najtańszą w okolicy, bo napotykamy tam na rodaków, a kilkoro Polaków mylić się nie może. Długie wałęsanie po zmroku kończymy w barze nieopodal naszego hotelu, gdzie pijąc słodką Sangrię wspominamy nie tylko ostatnie dni, ale i minione dwa lata. Jak ten czas leci...

