czwartek, 19 stycznia 2017

18-19.01, Mind the Gap, czyli Sadat znowu w samolocie

Raz na jakiś czas kura puści bąka, a ja polecę gdzieś służbowo. Najczęściej zresztą latam służbowo i samotnie, dzięki czemu te wyjazdy mają jakiś sens podróżniczo. Po części oficjalnej można bowiem urwać się na samotne zwiedzanie, tudzież, zostać jeden dzień dłużej i sobie poodychać zagranicznym, a więc lepszym, powietrzem.

Tym razem jednak leciałem nie sam, tylko w grupie. Na jedną noc i na jedno, długie i bezowocne spotkanie. Do tego, do Londynu, czyli miasta, do którego jakoś nigdy mnie nie ciągnęło. Przez tyle lat podróżowania zawsze omijałem je szerokim łukiem, zakładając, że przyjdzie pora na to, by je zwiedzić. No ale nie tym razem, bo oprócz wieczoru spędzonego w lokalnym, całkiem klimatycznym pubie, tego całego Londynu zobaczyłem tyle co nic. Jeżeli już, to trochę mnie on do siebie zniechęcił tymi swoimi rozmiarami, które i na mapie i w rzeczywistości zdawały się nie mieć ani początku, ani końca.

Po co więc o tym wspominam? Ponieważ, po dłuższej przerwie, wsiadłem znowu do samolotu! I powiem Wam jedno - przestałem to lubić. Lotniska mnie wymęczyły swoim zatłoczeniem, samolot mnie wymęczył ciasnotą. Wszystko mnie w tym całym procesie mierziło. Na czele z kontrolami osobistymi i tą całą bezsensowną otoczką, która zajmuje czas. Owszem, będąc już w powietrzu poczułem stare, dobre podniecenie, które jednak szybko zniknęło wraz ze świadomością, że jadę pracować, a pasażer przede mną właśnie wbija swój fotel w moje kolano.

Z pierwszej wizyty w Londynie zostały mi więc głębokie refleksje oraz dosłownie dwa tajemnicze zdjęcia, które moim biografom muszą posłużyć za jedyny ślad tego wycinka mojej hagiografii. Obstawiam, że tajemnica czyje buty są moje nieprędko zostanie rozwiązana. Drugi pejzaż to też pewne wyzwanie dla domorosłych detektywów, ponieważ podobnych uliczek w Londynie jest około miliona.