poniedziałek, 20 lutego 2017

15-20.02, Bielsko i trochę Biała

Zaraz, znowu gdzieś jedziemy? Ano owszem, ponieważ w nowy rok wkroczyłem z pokaźnym bagażem niewykorzystanych dni urlopowych oraz ogromną ochotą na kolejne wojaże. Tym razem, zaplanowaliśmy sobie prawdziwe ferie zimowe. Przez długi czas dumałem gdzie też pojechać i w końcu doszedłem do wniosku, że skoro jest zima to należy jechać w góry. Albo przynajmniej w ich pobliże. Wybór padł na Bielsko-Białą. Ponoć to dwudzieste drugie miasto w Polsce pod względem liczby mieszkańców, których ma ponad 172 tysiące. Które jest pod względem popularności to nie wiem, zakładam jednak, że większość rodaków, podobnie jak ja, wie o nim zawstydzająco mało. Kojarzyło mi się ono z Fabryką Samochodów Małolitrażowych, bo przecież to w Bielsku-Białej właśnie produkowano przez lata naszego “Malucha”. Do tego, z Reksiem, Bolkiem i Lolkiem, ponieważ to tam znajdowało się Studio Filmów Rysunkowych (no, nadal się znajduje czy raczej, wegetuje). Oraz z piłką nożną reprezentowaną przez odnoszące swego czasu pewne sukcesy, Podbeskidzie oraz nieodnoszące żadnych sukcesów, za to znane z grupki agresywnych fanatyków, BKS Bielsko. Na pewno nie kojarzyło mi się z zabytkami czy architekturą, co jedynie potwierdza, że my Polacy wiemy mało o swoim kraju. Bielsko-Białą z całą bowiem pewnością zaliczyć wypada do jednych z najpiękniejszych miast w Polsce. Przynajmniej potencjalnie, gdy przymknie się oko na rozliczne niedoskonałości i ogólny niedostatek porządnych remontów. Mieliśmy dużo czasu na to, by się o tym przekonać, bo przez kilka dni oddawaliśmy się spacerom po mieście, poznając niespiesznie jego różne zaułki.

Mieliśmy do centrum trochę drogi, bo mieszkaliśmy nieco na uboczu w sympatycznym, świeżym i czystym (do czasu), acz również bezpłciowym apartamencie. Gospodarze byli idealni - oddali nam klucze i przez cały pobyt nie wchodzili nam w drogę. Szanuję takie podejście. Cieszył nas za to ładny widok z kuchni - na dolinkę, na dnie której znajdowało się boisko piłkarskie. Zza drzew widać było nawet pobliskie, dosyć płaskie, góry. Można było poczuć się jak na urlopie. Jedyny problem to smog. W powietrzu czuć było mocno dymem, a normy przekroczone były często pięciokrotnie. Szaleństwo. Tak wyglądała zima 2017, gdyby ktoś kiedyś był tego ciekaw.

***

B-B to miasto pogranicza. Podobnie jak całe Podbeskidzie, stoi ono w rozkroku pomiędzy Małopolską, a Śląskiem. Chociaż administracyjnie należy do tego ostatniego, ten się do niego raczej nie przyznaje. Historycznie miasto uznać można za część Śląska Cieszyńskiego, ale znowuż, tylko w kawałku, bo nie licząc dawnej Białej. Która to z kolei jest częścią Małopolski, ale ponieważ od zawsze leżała na jej styku, to i z tym pewnie można dyskutować. Jakby tego było mało, tereny te przez wieki były strefą wpływów niemieckich, polskich oraz czeskich, nie wspominając o małej, ale prężnej społeczności żydowskiej. A pewnie i ormiańskiej, bo gdzie jedni, tam zazwyczaj i drudzy. Słowem, tygiel.

I jak to w tyglu bywa, ta cała skomplikowana historia odcisnęła na mieście swoje piętno. Szęśliwie, widoczne do dzisiaj, bo okolice tą ominęła zawierucha wojenna. A mówiąc dokładniej, obu miast nie zbombardowała łaskawie wyzwoleńcza Armia Czerwona, ponieważ ktoś w jej dowództwie doszedł do wniosku, że trzeba zdobyć tutejsze fabryki w możliwie dobrym stanie, zapewne żeby je potem sobie wywieźć w głąb Związku Radzieckiego. Dzięki temu, zarówno jedna, jak i druga strona rzeki Białej zachowała swoją zabudowę, która to, niezależnie od obecnego stanu, przypomina, że przed dekadami, były to bogate i poważane ośrodki przemysłu oraz handlu. Nie bez przyczyny przecież miasto nazywa się czasem “Małym Wiedniem”. Chociaż dla mnie, właściwsze byłoby powiedzenie, że jest to “Mały Budapeszt”. Architektura podobna, bo secesyjna i w większości XIX wieczna, a skala zapuszczenia jakby bliższa stolicy Węgier niż Austrii.


Spacery po tym mieście były przyjemnością. I to pomimo tego, że nie jest ono stworzone dla dziecięcych wózków. Kocie łby, podjazdy, schody, wysokie krawężniki - jest w B-B wszystko to, co im przeszkadza, ale to nas nie zrażało. No, mnie nie zrażało, bo Ania trochę jednak marudziła, ale dzielnie pchała swój wózek do przodu. A może to pchała ją ciekawość co kryje się za kolejnym zakrętem? Odpowiedzi nie zna nikt, łącznie z samą zainteresowaną.

Gdybym miał wybrać najpiękniejsze miejsce, to miałbym spory problem. Ze względu na to, że jest w czym wybierać. Ale chyba jednak wskazałbym Stare Miasto. Które jest po pierwsze, całkiem spore, po drugie, niezwykle różnorodne. Nie brakuje tam małych, wąskich uliczek, pięknych kamienic, kościelnych wież wystających zza węgła czy resztek średniowiecznych murów wkomponowanych w ściany. Na rynku znaleźć można obowiązkową na Śląsku rzeźbę Świętego Jana Nepomucena. A kawałek dalej, jedyny w Polsce pomnik Marcina Lutra. No i Zamek Sułkowskich, uroczo położony, aczkolwiek przez wieki istnienia, przerabiany setki razy i przez to, trochę jednak wyprany z typowej dla zamków, monumentalności. Przy słonecznej pogodzie, to wszystko naprawdę prezentowało się uroczo. Trochę gorzej było, gdy zrobiło się deszczowo i jesiennie, ale pierwsze wrażenie pozostało najsilniejsze.


Dodatkowo, B-B to miasto, w którym można było coś zjeść i się napić. Bez większego problemu znajdowaliśmy różne sympatyczne restauracje, albo kawiarnie. Co nie jest zawsze takie oczywiste, bo w Polsce różnie z tym bywa. A my, młodzi rodzicie, mamy swoje potrzeby. Chyba najbardziej ujęło nas niepozorne Maluch Cafe. Jest to miejsce, którego wystrój oddaje hołd samochodzikowi, który zmotoryzował Polskę, a B-B dał na dekady pracę oraz dobrobyt. Bardzo sympatyczne - szkoda mi było jedynie jednego auta, które posłużyło za dawcę oryginalnego wystroju. Ale jak to się mówi, cel uświęca środki.

Spacerując po brukowanych uliczkach oddawałem się filozoficznej zadumie. Wydumałem sobie na ten przykład nowy wskaźnik “jakości życia”. Można by go oprzeć o dwie zmienne - ilości antykwariatów oraz, dla przeciwwagi, ilości lombardów. Im więcej tych pierwszych, tym lepiej to świadczy o tym jak się w danym miejscu żyje. Im więcej tych drugich, tym gorzej dla wskaźnika. Antykwariatów napotkałem w B-B zaskakująco sporo. Na samym rynku bodajże dwa, kawałek dalej jeszcze jeden. Ich witryny kusiły różnymi bibelotami. W drzwiach widziałem ich właścicieli, co do zasady, panów z dostojnymi brodami, którzy patrzyli się na leniwe życie przemykające przed ich oczami. Nie wyglądali na smutnych, chociaż nigdy nie widziałem, by ktoś odwiedzał ich progi.

Nie wiem czemu, ale zawsze gdy widzę antykwariat, przypomina mi się film Romana Polańskiego “Dziewiąte Wrota” i scena z braćmi Ceniza prowadzącymi tego rodzaju przybytek w hiszpańskim Toledo. Fajny w sumie film, choć w dorobku tego reżysera zaliczyć wypada go do najsłabszych (a na pewno - najmniej docenionych) dokonań.

Wróćmy jednak na Podbeskidzie. Kawałek dalej, łatwiej niż na antykwariat, było nadziać się jednak na lombard. Te z kolei są dla mnie zawsze symbolem desperacji. Szczególnie, że większość wystawionych przedmiotów nie jest dużej wartości, a same lombardy i ich “model biznesowy” bazuje na ludzkim dramacie i jakoś mnie moralnie mierzi. Czy można więc B-B uznać za miejsce dobre do życia? Z moich wyliczeń wyszło mi, że muszę jeszcze nad tym nowym wskaźnikiem popracować. Czy trzy antykwariaty znaczą więcej niż tuzin lombardów wypchanych starymi telefonami, komputerami i zegarkami? Nie wiem.

B-B to nie tylko Stare Miasto. “Mały Wiedeń” oferuje znacznie więcej, ponieważ elegancka, secesyjna zabudowa pochodząca z XIX wieku rozciąga się na dużym obszarze, zarówno po śląskiej, jak i małopolskiej stronie rzeki. Można było spacerować w jej otoczeniu długo i namiętnie. Tylko czasem oczy bolały od tego ogólnego zaniedbania. B-B mogłoby pewnie zagrać stolicę Wiednia, ale nie współczesną, a tą powojenną.

Widoki od razu mi bowiem przypomniały o kolejnym filmie, który znam i kocham. “Trzeci Człowiek” Orsona Wellesa to arcydzieło, w którym najważniejszą rolę gra bowiem właśnie Wiedeń roku 1949. Nadal piękny i dostojny, ale również smutny, poszarzały i pełen ludzi o marsowych obliczach. Wypisz, wymaluj - współczesna Bielsko-Biała (nic nikomu nie ujmując).

Skoro B-B to dwa ośrodki połączone w jedno, trzeba zadać sobie pytanie, czym się one różnią. Na początku, wydawało mi się, że dawny Bielsk jest bardziej szykowny i po prostu ładniejszy. Ale z czasem doszedłem do wniosku, że i dawnej Białej niczego nie brakuje. No,może poza swoją “starówką”, której tam nie mają, z tego powodu, że ośrodek powstał tak naprawdę w XIX wieku i takowej się po prostu nie zdążył dorobić. Mają tam z kolei Ratusz - masywny i piękny, a także zwartą zabudowę i trochę miłych dla oka niespodzianek. Takich jak “Kamienica pod Żabami”, której zdobienia bawią i zaskakują, czy pomnik Reksia (jego kompanii, Bolek i Lolek czekają na fanów po drugiej stronie rzeki).

Kilka dni w B-B minęło nam lekko i bezproblemowo. Samochód stał na posesji nie ruszany, ponieważ w zimie mam wybitny wstręt do turystyki objazdowej, za to wyjątkowy afekt w stronę turystyki stacjonarnej. Musieliśmy jednak do niego w końcu wsiąść, po to by ruszyć dalej, ponieważ nasze zimowe ferie nie kończyły się wcale na Podbeskidziu. A do samego B-B z chęcią kiedyś wrócimy, najlepiej wtedy, gdy będzie ciepło i pogodnie, bo jego architektura zasługuje na to, by podziwiać ją przy pełnym słońcu.