piątek, 24 lutego 2017

20-24.02, Kraków, a raczej Kazimierz

Jedziemy do Krakowa. Co zimą, przy nieustannych alarmach smogowych, zakrawało na odwagę, a może nawet głupotę. Szczęśliwie, droga była prosta i krótka. Przynajmniej do momentu wjechania do miasta, ponieważ wtedy zrobiła się nagle skomplikowana. A to korek, a to remont, a to droga jednokierunkowa. Co za debile stawiają te znaki drogowe! Sprawdziłem jej dwukierunkowość i była w porządku! Szczęśliwie jednak, udało nam się dotrzeć do celu.

Zazwyczaj nie wspominam miejsc, w których nocujemy. Szczególnie odkąd jeździmy w czwórkę i zamiast hoteli, częściej wybieramy apartamenty, tudzież całe mieszkania. Tym razem jednak trafiliśmy na coś tak wyjątkowego, że po prostu trzeba to zapisać w annałach historii, nawet tak małych, jak historia moich wędrówek po Polsce.

Nasz apartament był duży i zrobiony w stylu “na bogato”. To znaczy, urządzono go, gdzieś na oko, ponad dekadę temu, ale nie oszczędzano wtedy na niczym: były tam skórzane fotele, wielka kanapa, porządne meble w ówcześnie modnym, wściekle czerwonym kolorze, masywna i “wszystko mająca” kuchnia, a do tego, rzutnik, wielka łazienka z wanną, w której można było dosłownie pływać. Do tego, mnóstwo dodatkowych rozwiązań, półek, schowków i tak dalej i tak dalej. Oraz, co nas szczególnie rozbawiło, w każdym z sześciu pomieszczeń był telewizor z dostępem do kablówki. Łącznie ze wspomnianą już łazienką.

Mieszkanie wyglądało cudacznie. Nie w naszym stylu zupełnie, ale przestrzeń dawała sporo wygody, więc nie narzekaliśmy. Z okien mieliśmy miły oku widok na liściaste podwórze. Ciekawy był również właściciel. Na oko, artysta i wolna dusza, z gatunku tych, którzy nie wyglądają zbyt reprezentatywnie, bo nie dbają, ale radzą sobie w życiu dobrze. Czego zapewne to mieszkanie, gdy jeszcze w nim mieszkał, było żywym dowodem. Z dziwnym panem szybko złapałem dobry kontakt, chociaż jego główna zajawka, krwawe horrory klasy B, to zdecydowanie nie mój świat. Miał całą kolekcję takich właśnie filmów oraz sporo gier, z których niektóre przywołały u mnie miłe retro wspomnienia. Na przykład, pierwszy Gabriel Knight, klimatyczna przygodówka z roku 1993 w stylu, który można podsumować jednym zdaniem: “takich gier już nie robią”.

***

Pogoda nas nie rozpieszczała, ale mimo to, w zwyczaju mamy, że na urlopach nie siedzimy w domu, tylko spacerujemy. Tak było również w Krakowie. Jako, że mieszkaliśmy na ulicy Wincentego Pola, mieliśmy wszędzie blisko. Niedaleko z nas był Unitarg, miejsce, gdzie według naszego gospodarza, można było dostać najlepsze pieczywo w całym mieście. Bo ponoć, Kraków ma problem nie tylko z jakością powietrza, ale i chleba. Lubiłem tam wpadać na poranne zakupy. Raz czy dwa, trafiliśmy na Stare Miasto, ale męczył nas tam tłok, zarówno na ulicach, jak i w knajpach. W obu przypadkach, gdy tylko dotarliśmy pod Kościół Mariacki, zaczynało padać. Uznaliśmy to za jasny znak z niebios i więcej tam już nie zawędrowaliśmy. Z pasją za to krążyliśmy po obu stronach ulicy Dietla, odkrywając różne zaułki. Trzeba przyznać, że Kraków ma ich wiele. Chociażby znany “Kościół na Skałce”, zabytek o wyraźnym, barokowym sznycie, aczkolwiek samo miejsce ma historię znacznie dłuższą, bo sięgającą czasów pogańskich. Wstyd się przyznać, że nigdy wcześniej tam nie byłem. Co nie powinno dziwić, ponieważ w Krakowie byłem kilka razy, ale wyłącznie służbowo. I tego miasta, znowuż wstyd to napisać, ale przecież zupełnie nie znam.

Trafiliśmy też na Wawel, gdzie nas mocno wywiało. Chcieliśmy Gabrysi pokazać Smoka, ale kiedy tam dotarliśmy, ta już smacznie spała w wózku. Może to i dobrze, bo rzeczony Smok może być dla mniejszych dzieci jednak pewnym rozczarowaniem. Z tego względu, że go nie przypomina. Nam się nawet podobał, chociaż Ania stwierdziła, że zapamiętała go inaczej.


***

Ale najczęściej spotkać nas można było na Kazimierzu. Jako miłośnik kultury polskich Żydów, nie mogłem sobie odmówić poobcowania trochę z największym w Polsce skupiskiem fizycznych po nich pamiątek. Szczególnie, że dzielnica ta zachowała swój XVI wieczny urok “Oppidum Judaeorum” i kryje się w niej wiele unikalnych zabytków. Na czele z siedmioma synagogami. To, co prawda ledwie drobny ułamek całkowitej ich liczby w Polsce (jest ich bodajże 330 sztuk), ale w przeciwieństwie do większości z zachowanych budynków, te na Kazimierzu znowu tętnią życiem, są wyremontowane i stanowią nadal integralną część historycznej tkanki miejskiej.


Zamiast smucić swoim losem, cieszą oczy oraz duszę. No bo nie powiem, spacery po tych okolicach były dla mnie sporym przeżyciem, szczególnie, że wstrętna pogoda wygoniła zwyczajowo okupujących Kazimierz hipsterów. Zdarzało się więc, że mieliśmy ją tylko dla siebie. A ja, miałem czas na różne przemyślenia, a także, na wizyty w tutejszych knajpach oraz restauracjach. Które wypada określić jednym stwierdzeniem: dobre.


***

To był naprawdę dobry wyjazd. Pracowego laptopa zamieniłem na domowego. Wieczorami odpoczywałem, piłem wino z żoną, grałem w “Shadow Tactics” oraz oglądałem filmy. Skusiłem się na dwie pozycje z biblioteczki gospodarza. “Norwegian Ninja”, polecany przez Korwin-Piotrowską, potwierdził moją tezę, że jeżeli Korwin-Piotrowska coś poleca, to należy to omijać szerokim łukiem. Tak pretensjonalnego i jednocześnie bezdennie głupiego filmu dawno nie widziałem. Miało być pewne śmiesznie, przewrotnie i z drugim oraz trzecim dnem. A wyszła jedna, wielka kupa.

Obejrzałem też pewną radziecką komedię pt. “Niezwykłe Przygody Włochów w Rosji”. To akurat dosyć ciekawy przypadek. Była to bowiem próba wejścia kina sowieckiego na rynek światowy, w tym zachodni. Co było widać po dużym budżecie i, niestety, po scenariuszu, znowuż, bezdennie głupim i wypchanym wymuszonymi żartami, które, jak żywo, przypominały epokę kina niemego. Film świata nie podbił, ale w Rosji oraz w demoludach zapewne i tak był przebojem. Mimo wszystko, “Włochów” oceniam wyżej od Korwin-Piotrowskiej, a sam wyjazd, cóż, uważam za nader udany.