Londyn bowiem mnie przerażał. Swoimi rozmiarami, tłokiem, ale i jednorodnością zabudowy, która sprawiała, że wszystko było do siebie dosyć podobne. Miałem wrażenie, że to jest miasto z sennych koszmarów, z gatunku tych, w których próbujesz skądś uciec, więc biegniesz i biegniesz, po czym okazuje się, że ciągle jesteś w tym samym miejscu. Zdecydowanie, Londyn nie był miejscem dla mnie i jak rzadko, które miejsce na świecie, zupełnie mnie nie interesował. I pewnie dlatego, ślepy los, uznał, że muszę tam koniecznie zacząć częściej jeździć, żeby o nim zmienić zdanie.
***
Pierwsze dwa dni spędziłem na globalnym spotkaniu. Było nas koło dwudziestki i reprezentowaliśmy, dosłownie cały świat. Czego symbolem był Meksykanin z urodzenia, Amerykanin z przekonania, który od lat pracuje w Chinach. Przy takich ludziach zawsze czuję się mały i w sumie, do cna nudny. Oczywiście, byłem tam rodzynkiem z Polski, co zresztą w sumie lubię - taka samotność jest dla mnie zawsze wyjściem poza strefę komfortu, jakimś wyzwaniem dla mojej zwichrowanej psychiki. Jako, że nie miałem wyjścia, byłem, wbrew swojej naturze, aktywnym uczestnikiem, zabierałem głos, wygłaszałem nawet jakieś merytoryczne tyrrady, po których słyszałem jakże amerykańskie i jakże mylnie przez nas odbierane “hmmm, that’s interesting”.

Biznes przetykany był integracją. Wieczorami byliśmy a to w klimatycznym pubie, a to w drogiej, hipsterskiej restauracji, gdzie jadłem chyba najsmaczniejsze dania w moim życiu. Po kilku piwach rozwiązywał mi się język, a szczęśliwie, miałem o czym opowiadać.

Moja “londynofobia” trochę zaczęła ustępować. Miasto okazało się bowiem w pewien sposób fascynujące. Nadal wielkie, nadal zapchane, nadal głośne, ale i czasami jednak, łaskawe dla maluczkich i skromniejsze w swej skali. Mieszkałem w dzielnicy Clerkenwell, w Zetter Hotel (tak swoją drogą, fajne miejsce, dobrze, że to nie ja płaciłem), które okolice były naprawdę przyjemne. Niedaleko znajdowały się chociażby włości należące do Zakonu Świętego Jana Jerozolimskiego, w tym naprawdę ciekawy, nieco ukryty przed gapiami, kościołek. Okoliczne, wąskie uliczki zachęcały do sprawdzenia co jest za rogiem. A w widoku samotnej, czerwonej budki telefonicznej, którą ozdabiały kwitnące pąki okolicznych drzew, można było zwyczajnie się zakochać.


Kiedy już prawie byłem w stanie przyznać, że Londyn nie jest zły, wydarzył się zamach terrorystyczny. Czy raczej, jak to określiły lokalne media, incydent terrorystyczny. Na moście Westminster rozpędzony samochód wjechał w przechodniów, a jego kierowca rzucił się następnie z nożem na innych. Cztery osoby zmarły, dwadzieścia było rannych. Byliśmy wtedy w biurze i z tarasu widzieliśmy jak kilka kilometrów od nas nagle zbierają się helikoptery, a na ulicach zaroiło się od policji i ich syren. Fatalne, ale jeszcze smutniejsze było obserwowanie reakcji samych londyńczyków, którzy podchodzili do tego wszystkiego z zadziwiającą flegmą, zupełnie jakby terroryzm stał się stałym elementem ich codzienności, zaraz obok wyników krykieta, pogody i relacji z parlamentu.

***
Po części oficjalnej pożegnałem się ze wszystkimi i pognałem do swojego hotelu. Zamieniłem służbowy luksus na prywatną skromność. Na jedną noc zatrzymałem się w małym przybytku, który przypominał mi trochę znany i lubiany serial “Fawlty Towers”. Właściciel nie posiadał co prawda charyzmy Johna Cleese’a, ale cała reszta się zgadzała. Wnętrza pochodziły bowiem jak żywo z lat 70-tych, całość była czysta, ale brutalnie wytarta używaniem. Łazienka znajdowała się na korytarzu. Dawno nie miałem takich warunków i zatęskniłem za Polską, gdzie mogę sobie pozwolić na nieco wyższy standard. W Londynie zaś wydałem za noc 400 zł, w zamian dostając pokój o powierzchni dwóch metrów kwadratowych z umywalką i twardym materacem w standardzie.
Miałem dosłownie dobę wolności, którą spędziłem w ulubiony sposób. Piwko, meczyk, klub ze striptizem. A na serio, lustrzanka w dłoń i długie spacery tam, gdzie mnie nogi oraz ciekawość poniosły. Generalnie, w pierwszej kolejności, chciałem zobaczyć Big Bena. Po drodze, trafiłem chociażby na Trafalgar Square, gdzie odbywała się manifestacja brytyjskich muzułmanów. Część z nich nosiła koszulki z napisem “porozmawiajmy o islamie”. Trochę mi ich zrobiło się żal, a z tego smutku narodziła się mądra myśl. Wydumałem sobie bowiem, że “każdy posiada swoich korwinów”. Korwinów, czyli ludzi, którzy swoim zachowaniem niszczą ideały, w które wierzymy. Ja mam swojego, a Ci manifestujący mają swoich. W obu przypadkach, ich durne, bezsensowne działania sprawiają, że wstydzimy się tak naprawdę sami siebie. Nasze korwiny są niczym te przysłowiowe ptaki co kalają własne gniazdo. Uznałem, że to bardzo mądre i po upływie czasu, nadal tak uważam.

Odwiedziłem również Westminster, w tym okolicę gdzie dosłownie dzień wcześniej, rozegrał się ów krwawy “incydent” z muzułmańskim korwinem. Nad Tamizą doliczyłem się kilkudziesięciu stacji telewizyjnych, które nadawały z tego miejsca swoje relacje. Popatrzyłem na rzekę, most, no i słynnego Big Bena. Kawałek dalej znalazłem wejście do Scotland Yardu. Przypomniałem sobie, że są to miejsca, z których migawki towarzyszyły mi w dzieciństwie.


To tu przemykał nocą Święty grany przez Rogera Moore’a. Tu oczy ze złości mrużył Bob Hoskins w “Długim Wielkim Piątku”. A przede wszystkim, ów nadrzeczny landszaft rozpoczynał wszystkie seriale produkowane przez “Thames Production”, do których zaliczyć można Benny Hilla czy Jasia Fasolę. Które, czy tego chciałem czy nie, musiałem oglądać, ponieważ na przełomie lat 80-tych i 90-tych, były to żelazne punkty ramówek wszystkich stacji telewizyjnych, tj. TVP1 i TVP2. Trochę się tym wszystkim wzruszyłem.
***
Okazało się, że te kilkanaście godzin popołudniu i przedpołudniu, wystarczyło, by przynajmniej zerknąć na najważniejsze punkty miasta. Pałac Buckingham mnie trochę rozczarował, ale okoliczne parki były bardzo przyjemne. Podobnie jak Covent Garden. Dotarłem nawet na Baker Street, ale kolejka do muzeum Sherlocka Holmesa mnie zniechęciła do wejścia do środka. Chyba najbardziej polubiłem jednak rozliczne, niewielkie zazwyczaj oazy zieleni. Niektóre z nich były wkomponowane w zabudowę tak dobrze, że trudno je było wypatrzeć przechodząc tuż obok nich. Lubiłem tam usiąść i odpocząć, zjeść kanapkę, no i popatrzeć się na ludzi dookoła.




Ostatnie lata, a dokładnie to, że jeździmy głównie po Polsce, sprawiły, że zapomniałem jak odmiennie od Homo Polonicus zachowują się ludzie w innych krajach. W Londynie kilka razy rozmawiałem z nieznajomymi, którzy po prostu odczuwali potrzebę pogadania. U nas się to praktycznie nie zdarza, no chyba, że mowa o starszych osobach w komunikacji miejskiej, albo dresiarzach. Ci to lubią pogadać, a i owszem. Inna sprawa to luz i spokój. W Londynie było tłoczno i hałaśliwie, ale patrząc się na zachowania każdej jednostki z osobna, zauważałem daleko posuniętą flegmę. Obiad w parku? Proszę bardzo. Kawa? Jak najbardziej. Bez pośpiechu, bez nerwów, bez dzikiej gonitwy donikąd. To wszystko sprawiło, że wyjeżdżając z Londynu, uznałem go za miasto do którego, ewentualnie, mógłbym kiedyś wrócić. Najlepiej służbowo, żeby spać w nieco lepszym miejscu niż “mój” Ridgemont Hotel.
