niedziela, 18 grudnia 2016

15-18.12, 50 twarzy Zakopanego

Budzimy się przed siódmą. No bo jest przecież urlop, święta tuż tuż i po co tak w ogóle spać dłużej. W domu to jest udręka, ale poza domem, takie poranne pobudki mają nawet swój urok. A przynajmniej, tak sobie to zawsze powtarzamy.

Pierwszy spacer po Zakopanem odbywamy w śnieżno-błotnej brei. Kółka wózków nam grzęzną, samochody chlapią, a wszystko dookoła jest spowite ni to mgłą, ni to wyziewem z okolicznych kominów. Musimy przejść kawałek do Krupówek. Na nich dajemy się naciąć okolicznemu “Panu Misiu”, z którym robimy sobie zdjęcie za 10 zł. Potem jednak robi się lepiej. Bo raz, że ludzi jest nadal niewielu, mamy więc dla siebie sporo miejsca, a dwa, że trafiamy do miłego lokalu na coś do picia i jedzenia. I od razu robi się przyjemniej. Zawsze powtarzam, że jesteśmy prości. Jak się nas napoi, nakarmi i pozwoli skorzystać z toalety, to zawsze nam lepiej.

Zakopane nawet mi się podoba. Trochę wstyd pisać, bo przecież jest to nie tylko Zimowa Stolica Polski, ale i Stolica Wszelkiej Tandety. Ale trzeba też przyznać, że okoliczni górale dbają o swoją małą ojczyznę. Lubią dudki, ale nie za wszelką cenę. To ich chyba różni od mieszkańców takiej chociażby Krynicy Morskiej, o których kiedyś pisałem, że zamienili swoje miasto w cyrk. A w Zakopanem jest jednak inaczej. Architektura trzyma spójny poziom, nowe budynki najczęściej uzupełniają starszą zabudowę, a nie stoją do niej w krzykliwej kontrze. Jest oczywiście jarmarcznie, bo Polak lubi jarmark, ale wszystko wydawało się jakieś takie stonowane. Może to “wina” ludzi, a dokładniej, wspomnianego ich braku. Mieliśmy bowiem szczęście przyjechać tuż przed sezonem i czerpać profity z tzw. premii pierwszeństwa.


***

Następnego dnia przywitał nas niezwykle rzadki widok w zimowej Polsce: idealnie błękitne niebo. Do tego, świeży, biały śnieg zalegający na ulicach, no i te widoki dookoła. Nagle zrobiło się nie tylko pięknie, ale i monumentalnie. Co prawda, Ania wspominała o tym, że z Zakopanego widać masyw Tatr, ale dopiero teraz, mogłem zobaczyć to na własne oczy.


Można by rzecz - tego dnia, mieliśmy do czynienia z prawdziwym spektaklem natury, szczególnie, że ta przyzwyczaiła nas już do tego, że przez kilka miesięcy w roku dominuje, wyprana z jakichkolwiek kolorów, szaruga. Trochę szkoda, bo zima potrafi być urocza...

Postaraliśmy się to wykorzystać. Główną atrakcją dnia był długi spacer pod Wielką Krokiew. Wędrowaliśmy przez miasto, przeszliśmy przez Krupówki, minęliśmy uroczą dzielnicę jednorodzinnych domków, kilka razy zakopaliśmy się wózkami w śniegu, tu i tam, przyprószył nas śnieg spadający z drzew. Dawno żadna tak prozaiczna czynność nie okazała się tak relaksująca jak te kilka godzin, szczególnie, że dzieci spały jak susły, a my mieliśmy okazję co nieco odpocząć.


Sama Krokiew też zrobiła na mnie wrażenie. Przywołała serię wspomnień. Niedzielne obiady, schabowy i mizeria robione przez babcię, no i obowiązkowo transmisja z Zakopanego w telewizji. Co by nie pisać, Puchar Świata rozgrywany w tym miejscu to od dekad święto skoków narciarskich. I przez wiele lat, był i nadal jest to obowiązkowy element każdej zimy. Miło było zobaczyć to miejsce na własne oczy i przekonać się, że na żywo jest co najmniej tak samo duże jak wydawało się przed ekranem.

To był fajny dzień, problem w tym, że po powrocie do domu czułem, że moje ubrania przesiąknięte są smrodem, zupełnie jakbym nie był na świeżym powietrzu, a spędził upojną noc w gęstym dymie papierosowym…

***

Kolejnego dnia zrobiło się już bardziej pochmurno. Nie chciało mi się wsiadać do samochodu i przebijać przez zakopiańskie korki, więc i ten dzień spędziliśmy w mieście. Podróżowanie z dziećmi nie pozostawia zresztą zbyt wiele wyboru, bo trzeba pójść na spacer, trzeba zjeść obiad i nagle się okazuje, wierzcie lub nie, że w ten właśnie sposób, mija cały dzień. Tak właśnie było i tym razem. Ani się zorientowałem, a było po nim.

Z rzeczy godnych odnotowania, udaliśmy się na rekonesans ulicy Kościelisko. Znajduje się tam chociażby słynny cmentarz, tzw. Cmentarz na Pęksowym Brzyzku, którego znanym landmarkiem jest drewniany kościółek.

Dookoła jest wiele pięknych, drewnianych domów reprezentujących tzw. Styl Zakopiański. W niemal każdym można było wynająć pokoje. Co nie dziwi, bo widoki dookoła, pomimo dosyć hałaśliwej drogi, były spektakularne i warte wszelakich dudków.


***

Czy to był leniwy wyjazd? Owszem. Taki właśnie miał zresztą być. Rozliczne spacery przetykaliśmy prozaicznymi zakupami czy postojami w lokalnych knajpach. Z każdym dniem przybywało jednak ludzi. O ile na początku mieliśmy Krupówki “dla siebie”, pod koniec pobytu szliśmy już w tłumie innych turystów. I trochę tęskniliśmy do tych chwil, kiedy było luźniej.

Ostatniego dnia zaczął padać śnieg. Mieliśmy więc wszystko to, o czym mogliśmy marzyć jadąc do Zakopanego. Zima w pełnej krasie i swojej najpiękniejszej wersji. A do tego, zbliżały się Święta, a ja przez cały rok byłem grzeczny i liczyłem na to, że Święty Mikołaj o tym nie zapomni.