Poprzednio wyjechaliśmy żeby celebrować fakt, że nasza starsza córka ukończyła żłobek. Teraz pojechaliśmy znowu w Polskę, żeby przed początkiem sezonu jesiennych zachorowań, zapewnić dzieciom porcję jodu. Wymówka! Wybraliśmy się nad Bałtyk. A konkretnie, wróciliśmy do miejsca, które bardzo polubiliśmy, czyli do Gdynii Orłowo.

Długo zastanawiałem się nad tym dlaczego Orłowo tak bardzo przypadło mi do gustu, że chce tam wracać. To w sumie dzielnica mieszkalna, o zabudowie jednorodzinnej. Do tego, poza dworem w Kolibkach, praktycznie pozbawiona zabytków. Orłowo jest (jeszcze) stosunkowo mało znane, więc nie ma w nim nigdy tłumów. Co się może zmienić, bo ma piękne widoki na morze i wiele tras spacerowych, na czele z molo, które niewiele ustępuje urodzie temu w pobliskim Sopocie. Cała nadzieja w tym, że jest tam spokojnie, a nawet, nieco leniwie. Idealne miejsce na spacery z dziećmi. Przynajmniej od czasów, kiedy lokalna dyskoteka, słynny Maxim, zamknęła swoje podwoje. To o tej tancbudzie śpiewał niegdyś Lady Pank. To w niej zagadkę “strzału na dancingu” rozwiązywał porucznik Borewicz. O miejscu krążyły legendy. Krążą nadal, ale opowiadają je coraz bardziej już leciwi dawni goście przybytku. Ponoć, działo się tam wiele. Obecnie, ruiny Maxima straszą i nie pasują do coraz to bardziej wymuskanego otoczenia. Kwestią czasu jest chyba to, kiedy znikną zupełnie.

Ale to wszystko nie tłumaczyło nadal mojego głębokiego afektu. Dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie, że Orłowo przypomina mój ukochany Żoliborz. Po którym, gdy tylko mam sposobność, zawsze lubię się powałęsać. Ukułem nawet stwierdzenie, że jest to po prostu “Żoliborz nad Bałtykiem”. Obie dzielnice mają faktycznie wiele wspólnego. Willową zabudowę, zarówno sprzed wojny, jak i bardziej współczesną. Dyskretny urok burżuazji. Sporą nadreprezentację osób starszych. Kilka świetnych restauracji, na czele z “Tłustą Kaczką” i “Mariaszkiem”. A nawet, to, że i tu i tu spotkać na ulicy można fajne, starsze samochody. Skąd się biorą na Żoliborzu - nie wiem, ale w Orłowie to często jeszcze pozostałości po tzw. imporcie marynarskim. Po przecież jest to dzielnica ludzi morza, tak cała zresztą Gdynia, która w dobie PRL-u była naszym oknem na świat.



Oknem przez które marynarze nie tylko oglądali to, o czym zwykli śmiertelnicy mogli co najwyżej pomarzyć, ale też przez które przerzucali kontrabandę. Orłowo, a dokładniej jego część obok rzeczki Kacza, nazywane bywa czasami “Zegarkowem”. Jak się można domyśleć, niekoniecznie od tego, że mieszkali tam zegarmistrzowie, a od tego, że można tam było kupić zegarki. Które to marynarze sprowadzali w dużych ilościach.

Pachnie więc to całe Orłowo w różny sposób, każdorazowo, sposób przyjemny dla moich nozdrzy. Nazywam tą woń “zapachem Pewexu” i nawet kiedy piszę te słowa, zaczynam odczuwać chęć, by tam znowu przyjechać.

***
Przez kilka dni wiedliśmy w Orłowie życie “letników po sezonie”. Dni mijały na leniwej kontemplacji życia. Rano wychodziłem na zakupy spożywcze. Czasami zahaczałem trasą o morze, żeby posłuchać jego szumu. Było tam wtedy zupełnie pusto. Jedliśmy wspólne, niespieszne śniadanie. Szliśmy na spacer. Dzieci bawiły się na placu zabaw obok molo. Ja mogłem sobie kupić kawę w przydrożnym trucku. Największym wyzwaniem była decyzja, gdzie i co zjeść obiad. Wieczorem otwieraliśmy wino, a ja wracałem do pracy. No tak, jak zawsze, i do Orłowa wziąłem ze sobą prezentację do napisania. Nawet jednak to nie zmieniło percepcji, że jest to miejsce wyjątkowe, do którego z chęcią będziemy wracali w miarę możliwości.
