Można różne rzeczy o Ekwadorczykach pisać, ale niezależnie od wszystkiego co złe, przyznać im trzeba, że do spraw związanych z religią podchodzą wielce gorliwie. Nie zawsze zapewne w ten sam sposób zabierają się do wcielania w życie Słowa Bożego, ale jeżeli chodzi o warstwę wierzchnią, celebrują ją jak mało kto. Rozliczne kościoły pękały więc w szwach, a po brukowanych uliczkach przetaczały się co chwila kolejne procesje upamiętniające wkroczenie Jezusa do Jerozolimy. W tłumach cały przekrój społeczeństwa. Od lokalnych notabli, poprzez starszyznę, dzieciarnię, kończąc na rozlicznych typach spod ciemniejszej gwiazdy. Wszystko jednak na wesoło, z uśmiechem sugerującym, że uczestnicy nie robią nic na siłę i dobrze się przy tym bawią. Jak to w Ameryce Południowej, niektórym marszom przygrywała nawet muzyka, o którą dbał specjalny zespół, występujący na platformie zamontowanej na ciężarówce. Inne z kolei siliły się na powagę, przynajmniej w pierwszych kolumnach, bo dalej sztywny nastrój ustępował atmosferze fiesty.






Spacerowaliśmy więc niespiesznie i od rana wpadaliśmy w sidła kolejnych procesji. Skręcamy sobie w uliczkę, a tu nagle, zza węgła wyskakuje na nas ksiądz na osiołku albo człowiek z krzyżem. A uciec nie ma jak, więc patrzymy na zbliżający się kolorowy tłum i ten widok pozbawia nas zdolności racjonalnej oceny sytuacji. Było to nawet śmieszne w całej swej nieporadności i na całe szczęście, bawiło nie tylko nas, ale także lokalną ludność, która tego dnia była dla nas wyjątkowo miła i nie próbowała nas okraść ani razu.


Oczywiście, nie ma Niedzieli Palmowej bez stosownej, tytułowej palmy. Te ekwadorskie niewiele przypominały nasze. Ich produkcja była tego dnia najbardziej dochodowym zajęciem w całym mieście, nie dziwne więc, że na każdym rogu stała starsza pani, która wyplatała kolejne. W okolicach tzw. targu kwiatowego całe podłoże uścielone było w zielonych resztkach i póki wszystko było świeże, pachniało pięknie. Potem zaś, rozliczne stopy maszerujące po tym wytrwale, ubiły je w szaroburą pulpę, która do wieczora rozeszła się na podeszwach w każdy kąt miasta.


Tak jak wszędzie do tej pory w tym kraju, i w Cuenca jesteśmy atrakcją dla tubylców. Zaczepia nas tu sporo osób. Co mniej odważni dżentelmeni jedynie odprowadzają nas wzrokiem, komentując w swoim gronie i chichrając się zajadle. Porozmawialiśmy chwilę z panią, którą uradowałem informacją, że jesteśmy katolikami i to jeszcze z kraju samego Jana Pawła II. Niestety, zachowywała się jakby nie miała którejś tam klepki w głowie i dzień później, spotkaliśmy ją znowu i znowu słyszeliśmy te same pytania i odpowiedzi. Za to dzieci, jak to dzieci, wstydu nie mają za grosz. Zaczepia nas na ten przykład dziewczynka i podtyka pod nos … zeszyt z ćwiczeniami z angielskiego. Ania pomaga jej odrobić pracę domową, a ja … cóż, ja uważnie patrzę czy aby małe, smagłe rączki nie wędrują tam, gdzie nie powinny. Wiem, że to okrutne, ale „to Ekwadorczycy Ekwadorczykom zgotowali ten los” i uważamy na swój dobytek, nawet gdy potencjalnym sprawcą problemu może być śliczne, niewinne dziecko o wielkich oczach koloru orzechu.

Tak jak wspominał nam kierowca z Riobamby, Cuenca to przepiękne miejsce, ale po jednym dniu zna się już tu każdy zakamarek, budynek i kościół. Śródmieście, choć upakowane atrakcjami i zabytkami, nie jest duże, więc kręcimy się po tych samych uliczkach, przesiadujemy w tych samych parkach i spotykamy tych samych ludzi. Ma to swoje bardzo dobre strony, bo czujemy, że zlewamy się z miastem, poznajemy jego rytm i swoiste humory. Leniwa, kolonialna atmosfera udziela się także nam. Pisząc wprost, ogarnia nas błogi relaks i prawdziwie urlopowa atmosfera. A skoro tak, wsiadamy na pokład piętrowego autobusu, który razem z innymi turystami, zabiera nas w dwugodzinną przejażdżkę po mieście. Z tej perspektywy można je podziwać na nowo. Kilka metrów nad ziemią dostrzegamy to co ukryte przed oczami przechodniów - piękne dachy, zdobne okna, płaskorzeźby, kute balkony, czy też tarasy na których suszy się pranie. Zadziwia dbałość i troska o te wszystkie detale, pozbawione przecież jakiejkolwiek wartości użytkowej. To wszystko jest jednak odpowiednio „doprawione” latynoskim klimatem i beztroską, która nie pozwala nam zapomnieć gdzie się znajdujemy. Przewodnik co chwila ostrzega przed nisko zwisającymi kablami i niekiedy trzeba się pilnować, by nie zawadzić głową o drut wysokiego napięcia. Cuenca nie jest dostosowana do takich wynalazków jak piętrowe autobusy.







Pojazd wdrapuje się na górę, która dominuje nad zabudowaniami. Jak na trzecie co do wielkości miasto kraju, Cuenca prezentuje się ze szczytu nader mizernie i nieśmiało. Zupełnie nie czuć tego, że to aglomeracja przeszło półmilionowa. Budynki rozlewają się w dolinie, ale brak w tym jakiejkolwiek drapieżności typowej dla „trzeciego świata”.


Mamy sposobność poobserwować zachowania naszych „współtowarzyszy”. Była to sama ludność lokalna, rodziny z dziećmi, dziadkami i kuzynami. Poza nami - żadnych gringos. Z ubrań, akcesoriów (Iphone!) i zachowań mniemamy, że mamy do czynienia z klasą średnią. Jedzą non-stop, co nas niepomiernie bawi. Jeszcze na pokładzie obżerali się słodyczami, owocami, cukierkami, ciastkami, znowu owocami i tak bez chwili przerwy. Na postoju od razu pobiegli do okolicznej garkuchni i zaczęli jeść kolejne porcje mięsnych przysmaków, by potem znowu wyjąć słodycze i owoce. Gdy przejeżdżaliśmy obok restauracji (fakt, że obskurnej) ich głupkowaty rechot oraz dziką radość wzbudziły ... smażące się świnki morskie. Ano właśnie! Cuies, Ekwadorska delicja numer jeden, okazuje się, że wcale nie jest taka powszechna jak nam się wydawało. Owszem, w budach zlokalizowanych przy drogach i małych mieścinach, można je było zobaczyć, gdy wesoło skwierczały nad paleniskiem. Ale w miastach – prawie nic a nic.

Na szczęście, ekwadorska kuchnia to nie tylko świnki. Popołudniem co prawda zgrzeszyliśmy i poszliśmy do knajpy brazylijskiej, ale zostaliśmy za to odpowiednio skarceni. Delikatny w ruchach kelner przyniósł nam taki obiad, że jego gabaryty nas rozczuliły i przypomniały czasy dzieciństwa, kiedy sukcesem było zjedzenie łyżeczki zupy. Zupełnym nieporozumieniem był już zdecydowanie deser, składający się, nie zapomnę nigdy, z jednego malutkiego plasterka ciasta oraz drobinki jabłka polanego syropem. Nie było więc wyjścia, trzeba było zorganizować sobie stosowną „dogrywkę” kulinarną. Wieczorem stołowaliśmy się w najpopularniejszej restauracji w mieście - Raymipampa. Tam było już normalnie, czyli dużo, tłustawo i smacznie. Okazało się też, że jednym z przysmaków kuchni w Cuenca jest ichniejsza wersja kaszanki, co jedynie obudziło we mnie tłumioną tęsknotę za Ojczyzną.




Latynosi jak to latynosi – nigdzie się nie spieszą, więc wieczorna msza święta była okazją dla wielu do nadrobienia zaległości i przyniesienia w końcu palemki do poświęcenia. Tzw. Nowa Katedra (Catedral de la Inmaculada Concepción) zlokalizowana na głównym miejskim placu, zapełniała się powoli, a my mieliśmy okazję popatrzeć jeszcze raz jaki to stosunek do wiary mają Ekwadorczycy. Daleko im do powagi nawet w miejscu, gdzie „Pan Bóg słyszy wszystko”. Tak swoją drogą, sama Katedra jest nie tylko przepiękna, ale i dosyć oryginalna, jeżeli chodzi o stronę architektoniczną. Jej ceglana fasada przypomina co nieco surowość gotyku, natomiast charakterystyczne błękitne kopuły są ukryte głęboko i dopiero z pewnej odległości widać je w (części) okazałości. Wnętrze zaś godne jest rokoko - kolorowo, bogato i pełno od zdobień.

Dzieci w środku głośno bawią się na wypolerowanej posadzce, rodzice dyskutują (i to raczej nie o kwestiach wiary), młodzież siedzi z nosem zatopionym w telefonach komórkowych. Zamiast posępnych organów – rzewne, melodyjne gitary i miły dla ucha śpiew. Jakże to wszystko inne od naszych standardów, które wyglądają jakby stworzono je tylko po to, by zawczasu straszyć nas mękami piekielnymi. Jedynym bodaj elementem, który łączy oba te katolickie światy jest ... Jan Paweł II, którego wielka figura stoi na naczelnym miejscu największego kościoła w mieście.
