czwartek, 5 kwietnia 2012

05.04, Białe Miasto

Nasz taras zamienił się w wielkie jezioro. Deszcz padał całą noc, ale rankiem tylko przez chwilę, zza chmur wyłoniły się okoliczne wzgórza. Widok magiczny. Znowu przypominam sobie, że nadal jesteśmy na wysokości dwóch i pół tysiąca metrów n.p.m, a dookoła nas wznoszą się prawdziwe, duże góry. Chwilę po tym, na scenę wracają deszczowe chmury, które rozpoczynają swój smętny spektakl, robiąc sobie jedynie sporadyczne przerwy.


Nasz zapał, tak jak dobra pogoda, też gdzieś wyparował. Wstajemy jak w domu, tego dnia idzie nam to wyjątkowo opornie. Wygrzebujemy się z hostalu tak późno, że śniadanie zamienia się w obiad (aczkolwiek wczesny). Przeżuwamy kolejne porcję mięsa i czekamy aż przestanie, choć na chwilę, padać. Deszcz nie jest szczególnie intensywny, ale jego obecność rozleniwia nas i daje nam cały szereg wymówek, by zamówić kolejną kawę albo sok (za dolara lub niewiele więcej) i spędzać czas na wpatrywaniu się w nicość. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zajrzeli znowu do sklepów i nie zostawili tam kolejnych dolarów. Zastanawiające jest to, że najpopularniejszym bohaterem pop-kultury jest tutaj sam Bob Marley. Jego podobizna zdobi niemal każdą zapalniczkę, fajkę albo gobelin, chociaż do słonecznej Jamajki jest z Otavalo spory kawałek. Drugi jest już, standardowo dla Ameryki Łacińskiej, Che Guevara.

Zastanawiałem się gdzie pojechać tego dnia i wybór padł na leżące na północy miasto Ibarra. Liczy sobie ono ponad sto tysięcy mieszkańców i jak na warunki tej części kraju, jest to prawdziwa metropolia. A co najważniejsze, położone jest nieco niżej, klimat tam bardziej łagodny, więc szansa, że zamiast deszczu będzie tam na nas czekała lepsza pogoda, była całkiem spora. I tak też się stało! „Białe miasto”, bo taki nosi przydomek, było suche jak pieprz.

Przedmieścia interesująco nie wyglądały. Autokar przemierzał puste, piaszczyste ulice, mijając rozrzuconą zabudowę, straszącą swym wyglądem. Na szczęście, kawałek dalej Ibarra pokazała swoje zdecydowanie bardziej urodziwe oblicze. Nazywa się je często „białym miastem” - La Ciudad Blanca. Śródmieście jest pełne kolonialnej zabudowy w takim właśnie kolorze. Podobnie jak wiele innych, i to miejsce przeżyło własną śmierć. W 1868 roku nawiedziło je potężne trzęsienie ziemi. Mimo to, ocalało wiele historycznego czaru jaki roztacza Ibarra.







Jest tu kilka kościołów, zielonych parków wpisanych w plan kwadratu, ale chyba najciekawsi są ludzie. Przyjacielscy, sympatyczni i otwarci. Dookoła nas sporo murzynów (przepraszam, Afroekwadorczyków!), co przypomina nam, że przez ostatnie dni praktycznie nie widzieliśmy ich wcale. Indianie za to minimalnie usuwają się w cień, dominują bowiem iberyjskie rysy twarzy i blady odcień skóry. Gdy siedzimy w knajpce, gra hiszpańska muzyka i trudno nam uwierzyć, że jakimś cudownym zbiegiem okoliczności, nie przenieśliśmy się znowu na Stary Kontynent. Książkowe mądrości sugerują, że Ibarra prezentuje się dużo mniej przyjemnie po zmroku...




Jemy tu wyjątkowo słodkie i smaczne brązowe ekwadorskie „krówki”. Smakują nam tak bardzo, że cieszymy się tylko, że w Otavalo ich nie znaleźliśmy (chociaż i tam co krok znajduje się cukiernia pełna kalorii). Kręcimy się po miasteczku kilka godzin, co chwila gubiąc się. To irracjonalne zdarzenie bez precedensu, bo obszar śródmieścia to kilka przecznic, ale mam niejasne podejrzenie, że mapa w przewodniku tworzona była, w najlepszym razie, przez kogoś kto tu nigdy nie był.

Już w Otavalo jemy pożegnalną obiado-kolację. Zamawiamy najdroższe menu del dia w Ekwadorze. Sześć dolarów! Ale było warto, bo wszystko było smaczne, sycące i w dużych ilościach. Kiedy już zbieraliśmy się do wyjścia, „dyrektor sali” kazał nam wracać, bo okazało się, że gapowaty kelner nie podał nam deseru. Tak swoją drogą, im dłużej jesteśmy w Ekwadorze, tym lepiej i taniej jadamy. Akurat ten posiłek był wyjątkiem, bo standardowo, za dania z karty płaciliśmy cztery, pięć, góra sześć dolarów. Dla oszczędnych istnieją oczywiście dania dnia – za które zapłacić można nawet i półtora dolara, chociaż normą jest raczej dwójka, czasem trójka.

Urlopy w swej finalnej fazie zawsze zaczynają pruć gdzieś do przodu. Człowiek zanim się obejrzał, a już pora spakować nam plecaki i wrócić do Quito na ostatni dzień w Ekwadorze! Upychamy bibeloty w coraz bardziej wypukłych bagażach, podczas gdy miasto nawiedza gęsta mgła. Dzieciarnia mimo to, gra w piłkę do późnej nocy, a po lśniących ulicach krążą rozliczne taksówki szukające klienteli.