niedziela, 19 kwietnia 2009

Wrzesień 2008 - Kanchanaburi, Tajlandia

Kanchanaburi

Dojechanie do Kanchanaburi z Ajutti okazało się dosyć skomplikowaną operacją logistyczną. Mimo, iż na mapie oba miasta nie są oddalone od siebie zbytnio, ostatecznie musiałem udać się najpierw w zupełnie przeciwnym kierunku, by wrócić do Bangkoku i przebić się przez zakorkowany moloch na drugi jego kraniec. Tam wsiąść w autobus, który dopiero to zawiózł mnie w objęcia nowego miasta na trasie mojej przygody. Uff :-)

Kanchanaburi to spokojne miasto na tajskiej prowincji i czasem trudno uwierzyć, że tak leniwe miejsce ma za sobą równie ponurą historię. Podczas II Wojny Światowej było świadkiem kaźni wielu alianckich jeńców, budujących słynną „piekielną” linię kolejową. Nazwa "Droga Śmierci" mówi sama za siebie. Istotnym elementem tejże był słynny most na rzece Kwai, rozsławiony książką i oscarowym filmem Davida Leana.

Most jest jedną z atrakcji współczesnego Kanchanaburi i nikomu z turystów namiętnie go uwieczniających na fotogafiach nie przeszkadza fakt, iż ... nie jest to TEN słynny most z filmu :-). Tamten, budowany przez jeńców, był drewniany i położony w innym miejscu rzeki. Po jego ukończeniu okazało się, że jest zbyt niestabilny, by służyć celom do jakich został przeznaczony. Japończycy więc wybudowali drugą konstrukcję, już betonową i stalową. Ta z kolei została szybko zniszczona przez amerykańskie lotnictwo. Po wojnie japoński most obdudowano i do dzisiaj cieszy oczy każdego gościa Kanchanaburi.

W mieście jest zdecydowanie więcej pamiątek po tragicznych wydarzeniach tamtych lat. W centrum znajduje się pięknie utrzymany wojskowy cmentarz, upamiętniający jedynie część zmarłych w piekle dżungli Anglików, Amerykanów i Holendrów. Poświęciłem nieco czasu na poszukiwanie polskich nazwisk pośród nagrobków, niestety (a może raczej, stety) żadnego nie znalazłem.

Dla bardziej zainteresowanych czekają muzea, w których można dowiedzieć się jeszcze więcej o historii w jaką uwikłała się niegdyś ta piękna okolica. Obrotni tubylcy sprzedają zaś na stoiskach różnorakie pamiątki, w tym ... pirackie DVD ze słynnym filmem.

Poza historią miasto nie ma wiele więcej do zaoferowania. W Kanchanaburi nie ma zabytków czy świątyń. Jest za to ... katolicki kościół. Miasteczko jest nieco senne i przeciętny turysta spędza tam zapewne niewiele czasu. Siedząc nad brzegiem rzeki Kwai w oddali widać zielone wzgórza i wcześniej czy później, wypada udać się w ich objęcia.

Mini bus powoli wjeżdża serpentyną, wysadzając wycieczkę u wrót Erawan Waterfalls. Wodospady są jednym z symboli całej Tajlandii. Łącznie basenów erozyjnych jest kilkanaście, trasa wiedzie powoli w górę, pozwalając z bliska zobaczyć każdy z nich. Zaczynamy od pierwszego i już można się zakochać. Kolory, woda, w niej stada barwnych ryb i rybek, a dookoła intensywna podzwrotnikowa zieleń. Do wody można swobodnie wejść – szybko okazuje się to dobrym pomysłem.

„Pocić się” – słowo jakże często używane. W Tajlandii odmieniane przez każdy możliwy przypadek. Woda z człowieka leje się strumieniami, nie chce się jeść, za to pić można nieustannie. Park Erawan pozwala na wiele, z jednym zastrzeżeniem – nie można wnosić ani jedzenia ani picia. Kontrola, jak zawsze, nie jest staranna ale ja wiedziony poczuciem obowiązku, nie mam siły oszukiwać i kolejne baseny podziwiam z pustym plecakiem. Szybko okazało się to wielkim błędem...

Duchota, wilgotność, upał. To wszystko męczy nawet na pustych przestrzeniach, pośród których potencjalnie chula „chłodzący” wiatr. W Erewan jednak jesteśmy w prawdziwej zielonej gęstwinie, która sprawia, że człowiek poci się jeszcze bardziej, chociaż wydaje się to już niemożliwe. Nie ma żadnego powiewu, wszystko dusi się w gęstym i parnym powietrzu.

Po kilku godzinnym „trekkingu” wracam chudszy o kilka kilogramów :-). Ze zmęczenia i ogólnego faktu, że jestem lepki i dosłownie zlany potem, na samej górze spadam ze skały prosto do wody. Na szczęście bez negatywnych konsekwencji. To wszystko jednak rekompensują widoki i przyjemność obcowania z prawdziwą dziką przyrodą.

Drugim etapem wędrówek po okolicach jest bliższy kontakt z wspomnianą już linią kolejową. Trasa niezwykle malownicza, wiedzie tuż pod wysokim urwiskiem w dole którego płynie to taka, to inna odnoga Kwai. Pejzaże piękne i wierzyć się nie chce, że każdy kolejny podkład kolejowy to jedna ofiara śmiertelna, jak głosi powszechnie obowiązująca wykładnia. Wspominam jednak moje niedawne fizyczne męki i nie mam wątpliwości, że ten klimat potrafi zabić bardzo szybko.

Spacer po torach na słynnym odcinku „Hellfire Pass” to wrażenie iście piekielne. Pod torami – wysoka przepaść i ogrom wolnej przestrzeni. Nad nami wielki skalny blok. Chcąc przepuścić osoby idące naprzeciw mnie, omal nie spadam w dół, zapominając, że poza torami nie ma tu nic więcej poza powietrzem. Zdecydowanie pewniej czuje się na skalnym podłożu, gdy spośród prześwitów pode mną nie widać już rzecznej kipieli.

Jeszcze tylko oczekiwanie na pociąg na małej stacji i powrót do miasta. Region oferuje więcej niż to i warto chyba poświęcić kilka dni na pobyt w Kanchanaburi, mimo, iż potencjalnie miasteczko jawi się jako wyjątkowo nudne (o ile w Azji jakiekolwiek miasto można tak nazwać z czystym sumieniem).