niedziela, 12 kwietnia 2009

3-5.04 Jeśli dziś piątek to jesteśmy w Budapeszcie

Budapeszt 3-5 kwietnia 2009


Po wizycie w USA, która przypadła na szczyty kursu dolara wobec złotówki i nie trzeba dodawać, że wydrenowała moją kieszeń do cna, postanowiłem, że koniec z wyjazdami na dłuższy czas. Jest w końcu kryzys i pora oszczędzać, chomikować, słowem, wieść życie myszy, a nie lwa.
Tyle, że moje ulubione powiedzenie mówi, że „lepiej żyć jeden dzień jak lew, niż sto lat jak mysz”, co oznacza, że wszelkie postanowienia tego typu mają szansę być złamane a) szybko, b) bardzo szybko. To ostatnie trwało całkiem długo, bo przez jakiś miesiąc, dopóki nie nabyłem drogą kupna biletów do Budapesztu.
Budapeszt, Europa Środkowo-Wschodnia. No właśnie, niby tak blisko, a rejon zupełnie mi obcy. Poniekąd co to za atrakcja jechać do miejsc, które są podobne do tych znanych z Polski – pomijam fakt, że nasz kraj zwiedzam nader rzadko. Nie znam Pragi, pewnie jako jedna z nielicznych osób nie byłem ani tam, ani w Wilnie, ani we Lwowie. Chciałbym ewentualnie zobaczyć Sofię i Bukareszt, może w końcu pojechać do turystycznej mekki polskiej socjety, czyli Chorwacji. Na razie jednak przyszła pora na Węgry.
Stolica kraju jest naprawdę ładna ale budzi różne skojarzenia. Po pierwsze, bohaterscy madziarzy, którzy tak dzielnie walczyli w Drugiej Wojnie (szkoda, że po złej stronie), nie zniszczyli sobie jej zanadto, więc wszystko co było nadal jest na swoim miejscu. Po drugie, Budapeszt był jedną ze stolic duo-państwa Habsburgów, więc nie żałowano tam inwestycji. Po trzecie, miasto rozwijało się szczególnie właśnie za czasów Monarchii Austro-Węgierskiej i to architektura XIX-wieczna jest dominująca w zabudowie. Po 1989 roku strumień zachodnich inwestycji spłynął do Węgier w większym stopniu niż do Polski i po Budapeszcie widać, że większość z tych pieniędzy alokowana została właśnie tam.

Komunizm też dotknął ich w mniejszym stopniu niż pozostałe kraje systemu – podobno PKB było na początku transformacji większe o 1/3 od naszego i mimo, że Węgry od wielu lat staczają się w dół, to ciągle są pewnie na nieco wyższym poziomie niż nasza Polska. Wszystko to sprawia, że miasto prezentuje się „dorodnie”, nowocześnie i pro-zachodnio. Skojarzenia z Wiedniem są na miejscu – obie aglomeracje zawdzięczają przecież swój obecny wygląd tej samej dynastii, tym samym inwestycjom i architektom budującym wg tego samego stylu.
Budapeszt ma też swoje brzydsze oblicze. Zapewne gdy ogląda się go jesienią czy zimą, kiedy kąpię się w błocie i szarości, druga strona jego twarzy może przeważać w ogólnym wrażeniu. Wiele dzielnic, w tym nade wszystko stare żydowskie Ferencvaros, jest utrzymana słabo. Ładne kamienice od dekad nie widziały remontu, chociaż takie miejsca są przecież jeszcze bardziej atrakcyjne od wypucowanego centrum i okolic Andrassy Ut. Inną opowieścią są sklepy spożywcze. Trafiają się SPARy i inne sieciówki znane z różnych zakątków kontynentu, ale prawdziwy koloryt to miejscowe delikatesy. Półki, gdyby nie to, że uginają się od kolorowych opakowań, można by pomylić z głębokim PRL-em. Obsługa i ogólny wystrój sklepów także przywodzi na myśl głęboki socjalizm w dobie upadku. Takich reliktów jak „Rosenberg Szupermarket” u nas nie znajdziemy. Miasto „słynie” także z ogromnej liczby bezdomnych. Rzeczywiście, można ich spotkać na dosłownie każdym kroku, a zapach beztrosko spuszczanej z organizmu uryny mógłby zostać uznany za ... swoisty znak charakterystyczny Budapesztu. Tyle o smutkach.

Z atrakcji warto wspomnieć o kilku. Pierwsza linia metra – najstarsza na kontynencie, nie licząc Londynu. Wybudowana w XIX wieku, dzisiaj robi wrażenie sentymentalne i rozczulające swoimi gabarytami. Przykład nowoczesnej technologii sprzed ponad stu lat, z doby wiary w ludzkie możliwości, wiary w technikę i siłę umysłu. Wszystko jakby żywcem wyjęte z książek Juliusza Verne’a. Łącznie to tylko kilka kilometrów podziemnej trasy. Podziemnej? Dosłownie – stacje są tuż pod powierzchnią drogi. Stacje? Stacyjki – wszystko jest bardzo bardzo małe, wagoniki wtaczają się dostojnie na perony, trudno się zgubić – wyjście jest tylko jedno. Gdyby zamiast elektryki wszystko napędzały konie, nie byłaby to sytuacja, która kogokolwiek mogłaby zdziwić.
Drugą atrakcją są widoki, a te potrafią być zachwycające. Most Łańcuchowy łączący oba brzegi Dunaju aż prosi się o spacer, szczególnie wieczorem gdy wszystko jest iluminowane. Po drugiej stronie czeka na nas Buda, ze swoim Wzgórzem Zamkowym. Wejście zajmuje nieco czasu (można takoż wjechać na górę kolejką szynową, która jest kolejną atrakcją miasta rodem z XIX wieku!) i kosztuje sporo energii ale warto, chociażby dla widoku na pesztańską stronę z okien Baszty Rybackiej. Zerkając w innym kierunku, można przekonać się, że w przeciwieństwie do bardziej wielkomiejskiego Pesztu, druga strona miasta położona jest na wzgórzach i żyje sobie spokojniej, co nie znaczy, że nie kusi swoją urodą. Małe wąskie uliczki, kamienice dużo skromniejsze niż te znane z Pesztu, zachęcają do spacerów, tym bardziej, że po chwili można uwolnić się od tłumów i samemu delektować się odkrywaniem kolejnych zaułków. Tych jest sporo. Z góry obserwowałem całość i nieco żałowałem, że mam za mało czasu by na cały dzień zagubić się w tej okolicy.
Miasto oferuje dużo więcej niż to. Miejsc do zwiedzania jest naprawdę dużo i dwa dni z hakiem jakie tam spędziłem to było nieco za mało by zobaczyć wszystko co ważne. Udało mi się także, przypadkowo! zaliczyć zjazd klasycznych VW, gdzie mogłem nacieszyć oczy świetnie zachowanymi oldtimerami, a nawet być na planie jakiegoś amerykańskiego filmu, którego akcja działa się na ... Ukrainie. Nazwa – bodajże, „The Company”. Jak tu wierzyć filmom :-).

Zupełnie intencjonalnie byłem także na meczu – MTK Hungaria Budapest. O tym jednak, warto napisać w innym miejscu.
Ogólnie – wyjazd weekendowy, bardzo udany. Miasto ciekawe, chociaż... wolę wyprawy daleko, daleko, tam gdzie wszystko dookoła jest zupełnie inne niż to do czego jestem przyzwyczajony na codzień. Azja – to jest kierunek dla mnie :-). Jednak i Budapeszt ma swoje orientalne uroki, chociażby sam język, który sprawia, że Węgrzy są dziwaczną wyspą pośród słowiańsko-niemieckiego żywiołu dookoła. Zdecydowanie wyspą wartą zobaczenia choć jeden raz.