środa, 15 kwietnia 2009

Wrzesień 2008 - Bangkok, Tajlandia

Bangkok

Bilety do Tajlandii nabyłem, co mam w zwyczaju, pod wpływem nagłego impulsu. Wybór padłby pewnie na zupełnie inne miejsce na świecie, gdyby nie okazyjna cena. Jak się jednak okazało, to co przypadkowe, często okazuje się strzałem w dziesiątkę. Przed wylotem - informacja, że w Tajlandii wprowadzono, kolejny raz w ostatnich latach, stan wyjątkowy. Demonstracje, ludzie na ulicach, zagraniczne MSZ odradza turystom wizyty. Nasz Sikorski jednak milczy, więc uznałem, że można jechać :-)


Wrażenia. Zacznijmy od początku. Sam lot to już „coś”. Najpierw przelot do Helsinek, gdzie miałem przesiadkę do szerokiego kadłuba MD-11. Potem wiele godzin lotu nad Azją i samo gapienie się na ekran z trasą to już radość i świadomość egzotyki, która się zbliża z prędkością tysiąca kilometrów na godzinę. Pode mną najpierw Finlandia, potem Estonia, Rosja i dalej na południe, przez post-radzieckie republiki o których nie wiem nic, dalej wielkie Indie, Myanmar i w końcu... W końcu pode mną zielone połacie Tajlandii. Z wysokości przelotowej już widać, że to... inny świat. To jest to co najpiękniejsze w tak dalekich podróżach – ledwie przecież kilka godzin od Polski trafiasz do miejsca, które jest totalnie odmienne od Twojej codzienności, gdzie wszystko, choć służy do podobnych celów, to wygląda jednak inaczej... Ludzie tacy sami jak my, a jednak zupełnie inni od nas. Wspaniałe uczucie.
Kolejnych przeżyć ciąg dalszych. Po wyjściu z lotniska pora na zmysł... zapachu. Po pierwsze, uderza we mnie ogromna fala lepkiego, upalnego i wilgotnego powietrza. Oddycha się ciężko, można nawet mówić o lekkim szoku tlenowym. Ale ważniejsze jest coś innego – woń. Woń orientalnych przypraw obecna w powietrzu dookoła mnie, chociaż ... nigdzie nie ma żadnych stoisk z jedzeniem. Cóż, zapach pochodzi od ludzi, którzy pachną tym co jedzą. Wyprzedzam opowieść. Na początku woń mnie drażniła, szybko jednak do niej przywykłem. Po powrocie do „cywilizacji białego człowieka” przekonałem się, że i ja pachnę dokładnie tak samo, nasiąkłem orientem zupełnie jak tubylcy. Ciekawe czy my „pachniemy schabowym” dla gości z Azji? ;-)

Bangkok to miasto wielkie i chaotyczne. Trudno też powiedzieć, że ładne. Złożone z przypadkowo chyba uformowanego betonu, wiecznie zapchanych ulic, chodników pełnych ludzi i stoisk, wszechobecnego smogu wymieszanego z potwornie wilgotnym powietrzem. Pozornie, jawi się jako miejsce piekielne, w którym nie da się żyć i z którego powinno się czym szybciej uciekać jak najdalej. Tajski taksówkarz (nota bene oszukał mnie jako jeden z nielicznych autochtonów!) mawiał, że nie rozumie ludzi, którzy do Bangkoku przyjeżdżają i mają siłę spędzić w tym molochu więcej niż chwilę. Opinia opinią. Mi miasto nie dość że się podobało, to jeszcze spędziłem w nim więcej niż zamierzałem. Nawet jeżeli jest to beton, to beton ... orientalny. Inny od naszego.
Bangkok powstał tak naprawdę dopiero pod koniec XVIII wieku. Obecnie liczy bodajże 10 milionów mieszkańców, ale jak to w Azji, nikt tego nie jest pewien na 100%.

Z atrakcji turystycznych można wymienić chociażby imponujący Kompleks Pałacowy – Wielki Pałac i Wat Phra Kaeo, gdzie wszystko ocieka złotem i imponuje oryginalnymi kształtami czy zdobieniami. Stożkowe zakończenia tajskich watów przypominają kosmiczne formy rodem z archeo-futurystycznych wynaturzeń Danikena.

Świątynie jak statki obych – czasem trudno pozbyć się tego wrażenia, potęgowanego przez religijne tabu i zasady. Samo obserwowanie buddyjskich rytuałów jedynie utwierdza we wcześniejszym przekonaniu. Wszystko dookoła fascynujące, obce. Halo, czy na pewno to ciągle ziemia? :-)

Jeszcze pierwszego dnia, mimo ogólnego zmęczenia, udałem się na zwiedzanie. Duże wrażenie zrobiła Złota Góra – Golden Mount, jedno z nielicznych miejsc będace naturalnym wzniesieniem, z którego można zresztą podziwiać niesamowitą panoramę miasta. Tam zresztą, ciągle owego pierwszego dnia, złapała mnie prawdziwa orientalna ulewa. Złe słowo. To była próba zabójstwa za pomocą deszczu. Zaczęło padać nagle. Liczyłem, że intensywny opad potrwa chwilę, bo w końcu jak długo może padać z takim nieludzkim wręcz zacięciem?

Okazało się, że może i to bardzo długo. Schroniłem się pod daszkiem w mauzoleum pod Górą, ale to nie uchroniło mnie od totalnego przemoczenia. Nie walczyłem o to by być suchym. Walczyłem o to by z wodą nie poszły mi moje pieniądze, karta, telefon i cała reszta „dobytku”. Krople deszczu atakowały mnie wściekle przez godzinę, po upływie której postanowiłem, mimo tego, że wcale się nie uspokoiło, wracać do domu. Zacząłem się bać, że zaraz zamkną za mną bramy i zostanę uwięziony na terenie świątynu. Droga była długa i przerywana odpoczynkiem pod różnymi daszkami. Na Khao San natrafiłem na ... wodę pod kolana. Prawdziwa tropikalna ulewa dała mi się mocno we znaki ale, co ciekawe, tylko pierwszego dnia padało tak mocno. Widać musiałem dostać od przyrody lekcję, którą każdy nowicjusz w tym rejonie świata powinien od niej pokornie odebrać.

Atrakcji ciąg dalszy – rzeka Menam, szeroki, brązowy ściek jest jednocześnie dobrą arterią komunikacyjną.

Pływają po niej barki (regularność warszawskiego autobusu), które omijają zmorę Bangkoku, czyli wieczne korki i są w stanie dostarczyć Cię w górę bądź dół rzeki szybko jak na tutejsze standardy czasowe. Dotrzeć w ten sposób można do granic Chinatown.

To największe skupisko chińczyków poza samymi Chinami, oddzielny świat i przedmiot mojej wielkiej fascynacji, jak i ... przerażenia. Tłok, nawet jak na lokalne warunki, jest naprawdę ogromny, labirynt małych uliczek sprawia, że nawet jeżeli jesteś starannym obserwatorem z idealnym zmysłem kierunku, to i tak po chwili się gubisz. Chociażby dlatego, że to tłum często decyduje za Ciebie gdzie chcesz iść. Warto po prostu poddać się i zaglądać tam gdzie ten pozwoli, zdając się na jego ślepy los. Mi za każdą wizytą pozwalał na coraz więcej.

Pierwszą wyprawę pamiętam dobrze – dzisiaj czuję, że wtedy właśnie owa chińska fortuna zwiodła mnie, pozwalając jedynie popatrzeć z daleka na wszystkie atrakcje. Dopiero kolejne wizyty pozwoliły zagłębiać się dalej i dalej w to wszystko. W zakamarkach dzielnicy czeka wiele atrakcji, małych świątyń, posągów Buddy pod którymi palą się kadzidełka, sklepów, sklepików, kramów. Ostra woń drażni zmysły, tłok na początku zawadza ale po chwili człowiek daje się wciągnąć w to przedziwne widowisko, którego zresztą sam jest aktorem. Do Chinatown, jak i sąsiadującego z nim IndiaTown, wracałem wiele razy.

Jeżeli popłyniemy barką do samego końca to mamy okazję zobaczyć Bangkok nowoczesny. Niech nie zmylą Was Khao San i turystyczne centrum miasta – ma ono jeszcze zupełnie inne oblicze, którego duża część osób „przelatująca” przez stolicę Królestwa, nie ma okazji poznać.

Wychodząc z łodzi, która pamięta zapewne jeszcze lata 50-te XX wieku przesiadamy się do SkyTraina, czyli pierwszego symbolu nowożytnego Bangkoku. Pociąg jest klimatyzowany, co jest jego pierwszą, ogromną zaletą. To spora ulga, choć z drugiej strony po wyjściu (a kiedyś w końcu trzeba), upał uderza nas ze zdwojona siłą. SkyTrain dziarsko pokonuje kolejne połacie miasta, a dodatkowo czyni to w sposób równie zachwycający co podróż barką po rzece. Kolejka jest, co wskazuje sama nazwa, nadziemna i zdarza się, że lewituje naprawdę wysoko. Obserwujemy poziom ziemi i widzimy miasto pogrążone w ogromnym korku, ulice wypchane samochodami i niezliczoną ciżbę ludzką przeciskającą się wszędzie tam gdzie nie ma akurat aut. Bangkok z tej wysokości, oglądany w klimatyzowanym wagonie, można obserwować z prawdziwą przyjemnością – chłonąć wzrokiem ów azjatycki żywioł pod nami. Wysiadka – Siam Centre.

Dookoła nas ... Czy to jeszcze ta sama biedna i brudna Tajlandia, którą widzieliśmy dosłownie 20 minut temu? Stolica kraju ma także swoje kosmopolityczne oblicze. Oblicze miasta nowoczesnego niczym Japonia, z potężnymi wieżowcami, międzynarodowymi hotelami, siedzibami światowych korporacji, marmurem, fontannami, kolorowymi reklamami czy w końcu centrami handlowymi. Pokusiłem się o wejście do jednego z nich. Na piętrze obok siebie salony najdroższych marek samochodowych, w kawiarniach tajska klasa średnia, bananowa młodzież ze znudzonym wyrazem twarzy wychodzi z salonów odzieżowych obładowana torbami pełnymi markowych ciuchów. Z jednej strony, dobrze przecież, że nie cały kraj żyje w biedzie, z drugiej zaś ... z pewną radością wróciłem do „swojego” Bangkoku, może i czasem nieznośnie zapchanego i wiecznie śmierdzącego ale chyba ciągle bardziej prawdziwego niż kosmopolityczny Siam.

Pierwszego dnia uważałem na siebie i dokładnie lustrowałem otoczenie. Powszechna bieda sprawiła, że podświadomie pilnowałem się jeszcze bardziej niż mam to w zwyczaju. Pierwszy kontakt z Azją może przyprawić o dreszcze co wrażliwsze jednostki. Ubóstwo jest powszechne. Ludzie często śpią na ulicach, na rozłożonych byle jak tekturowych resztkach pudełek. Nie wiadomo, czy są to bezdomni czy też tubylcy w ten sposób po prostu odpoczywają w przerwie od bliżej niezidentyfikowanej pracy. Żebractwa prawie nie ma, Tajowie są zbyt dumni na taką formę zarobku na turystach. Po chwili człowiek nie tylko przyzwyczaja się do otoczenia, nie tylko zaczyna je tolerować ale i czuje się w nim coraz bezpieczniej. Także dlatego, że sam jest tolerowany.

Tajlandia od lat jest mekką dla turystów, różnych, tak bogatych, jak i biednych, tak normalnych jak i tych bardziej dziwnych. Na ulicach można spotkać jednostki, które należą do gatunków wymarłych w innych częściach świata: emerytowani hipisi pamiętający (albo i nie...) lata 60-te, długobrodzi dziwacy, brudni globtroterzy, którzy nie wiadomo skąd przyszli i dokąd zmierzają... W tym wszystkim, bardzo szybko i ja poczułem się zupełnie bezpiecznie. W końcu co może człowiekowi się stać w krainie wiecznego uśmiechu – poza pewnością, że każdy taksówkarz będzie nas próbował naciągnąć, okłamać, że akurat zepsuł mu się licznik i wmówić nam, że adres o który nam chodzi jest „bardzo daleko”, chociaż tak naprawdę znajduje się tuż za rogiem? :-)