środa, 15 kwietnia 2009

Wrzesień 2008 - Ajuttia & Lobpuri, Tajlandia

Ajuttia & Lobpuri

Do dawnej stolicy Królestwa Syjamu dotrzeć z Bangkoku można na różne sposoby. Ja wybrałem najprostszy, czyli podczepienie się pod wycieczkę jadącą tam z Khao San na jednodniowy objazd po rozlicznych świątyniach. Rozwiązanie jest wygodne – bus czeka na nas rankiem, ale stosunkowo drogie jak na tajskie standardy. Do tego, nie korzystam z całości „atrakcji”. Po dotarciu na miejsce i zobaczeniu wspólnie kilku świątyń, w tym monumentalnej białej, grzecznie się żegnam, zabieram plecak i podążam już swoją własną drogą. Czyli tak jak lubię najbardziej :-)

Ajuttia wpisana na listę UNESCO nieco mnie ... rozczarowała. Europejscy kupcy, którzy przed wiekami odwiedziali stolicę Syjamu, wracali zachwyceni jego potęgą, ogromem i bogactwem. Niegdyś, było to jedno z największych miast całej Azji, z populacją znacznie przewyższającą ówczesny Londyn bądź Paryż. Co z tego jednak zostało po latach upadku?

Zabytki rozrzucone są na naprawdę ogromnej powierzchni i potrzeba czasu oraz zaparcia by w panującym znojnym upale, zobaczyć wszystkie (piechotą – jeżeli ktoś jes tak uparty jak ja i nie zamierza wypożyczać roweru). Większość zachowała się słabo, chociaż znajdziemy i takie świątynie, które stoją po dziś dzień w całkiem dobrym stanie i dają świadectwo minionej potęgi tego miejsca. Po zobaczeniu kilku kompleksów ruin ma się jednak wrażenie, że wszystko się powtarza, bo wszędzie architektura jest podobna do siebie. Inna jednak od tej znanej z Bangkoku.

Silne wpływy khmerskie, jeszcze bardziej obce kształty, choć przecież ciągle modlono się tutaj w ten sam sposób i do tego samego Boga (co jest oczywiście uproszczeniem i pominięciem całej dyskusji czy aby na pewno Buddyzm jest religią). Nawet to jednak nie przeszkadzało birmańskim najeźdzcom, którzy wszystko zrównali z ziemią w drugiej połowie XVIII wieku, mimowolnie doprowadzając do powstania nowej stolicy, czyli Bangkoku. Ot, taka azjatycka mentalność, w której wspólny system wartości i wierzeń, nie zawadza w brutalnych wojnach i destrukcji nawet miejsc świętych. Nie silmy się jednak na moralność – w Europie lepsi przecież nigdy nie byliśmy.

Poza świątyniami, miasto nie oferuje wiele więcej. To już zdecydowanie tajska prowincja, turystów na ulicach miasta, szczególnie wieczorami, wielu nie ma. Ajuttia nowożytna do szczególnie urokliwych nie należy, wszystko jest zapuszczone i brudne, ale dzięki temu nie pozbawione aury autentyczności. Zupełnie jak moje lokum, o którym warto napisać kilka słów. Wg przewodnika Lonely Planet, to „najbardziej klimatyczne miejsce” w mieście. Rzeczywiście, okazałe tekowe domostwa usytuowane nad brzegiem rzeki robiły dobre wrażenie. Wszystko utrzymane w klasycznym tajskim stylu, cały hotel traktowany był niemal jako zabytek. Oznaczało to, że nie można było chodzić po nim w obuwiu, a także, że pokoje pozbawione były większości, przydatnych, wygód. Mój bardziej przypominał klasztorną celę niż miejsce gdzie można jakkolwiek wypocząć. Ciekawostką osobliwą był fakt, że wieczorem na powierzchnię wychodzili nieznani mieszkańcy przybytku, czyli... jaszczurki. Początkowe obrzydzenie, zamieniło się szybko we wzajemną akceptację. Ja pozwalałem im swobodnie chodzić po pokojowych ścianach i podłogach, one zaś pozbawiały mnie towarzystwa bardziej uciążliwych stworzeń, czyli wszelkich insektów.

Kilkadziesiąt kilometrów od Ajutti znajduje się kolejne miasto, które niegdyś nosiło tytuł drugiej stolicy całego Królestwa. Mowa o Lobpuri, czyli „mieście małp”. Dojechać tam można pociągiem. Sama podróż tym środkiem lokomocji to już spora przygoda. Rozklekotane stare wagony mkną po szynach z prędkością ciut za wysoką jak na wymogi bezpieczeństwa i moje osobiste poczucie rozsądku. Wewnątrz tłumy Tajów i nieliczne tylko białe twarze. Dwie godziny podróży dłużą się, mimo, że za oknem kolejne piękne widoki: łąki, tropikalne lasy, małe osady przyczepione do żyznych pól uprawnych, a w oddali góry. Monotonia przerywana jest co chwila, i to dosłownie, przez łącznie kilka osób, które krążą po wagonach starając się zachęcić do zakupu czegoś do picia i jedzenia (słodkości ale także różne rodzaje mięs o podejrzanej świeżości). Siedzące obok mnie starsze panie z ujmującymi, acz bezzębnymi uśmiechami, zachęcają do kupna któregoś ze smakołyków. Poza gestami nie wymieniamy żadnego zrozumiałego dla całej naszej trójki słowa, ale język ciała nie zna granic :-). Senność pasażerów na chwilę rozdziera autentyczne podniecenie. Na najbliższej stacji, na peronie sprzedawca oferuje lody w plastikowych kubkach. Już po chwili wszyscy dookoła są jakby bardziej ożywieni i pochłonięci konsumpcją chłodnych przysmaków.

Lobpuri nie jest duże, a jego największa atrakcja to ... sami zwierzęcy jego mieszkańcy. Od lat z pobliskich lasów do miasta schodzą się małpy, które upodobały sobie szczególnie Phra Prang Sam Yod. Po świątyni kręcą się ich dosłownie setki, stając się mimowolnie największą atrakcją turystyczną regionu.

Część z nich upodobała sobie także samo miasto, stając się utrapieniem dla „ludzkich” mieszkańców – rozwydrzone zwierzaki wyganiane są ze sklepów i innych miejsc gdzie ich obecność jest niewskazana. Trzeba przyznać, że rzeczywiście zdarzają się nader bezczelne jednostki. Nieprzypadkowo zapewne, znaki drogowe ostrzegają przed ... małpimi kieszonkowcami.

W Lobpuri rzadko ktoś zatrzymuje się dłużej niż na kilkugodzinny wypad. Ja z chęcią przełamałbym ten schemat i pobył w tym ciekawym miasteczku dłużej, ale już następnego dnia musiałem udać się do nowego miejsca, czyli Kanchanaburi.

free counters