No i miałem rację, bo w roku 2015 przydarzył się już tylko jeden wyjazd, do tego niedaleko, bo do Hamburga. Byłem w tym mieście nie tak dawno, podobało mi się tam wtedy, więc w sumie ucieszyłem się, że będzie okazja zobaczyć je ponownie.
Wyjazd był niby służbowy, ale tak naprawdę, to przez dwa dni piliśmy głównie piwo i szwędaliśmy się po miejskich zaułkach. Wyjechaliśmy w kilka osób i już na lotnisku doszliśmy do wniosku, że w firmie ktoś nie pomyślał, bo skład grupy oznaczał jedno: mało pracy, dużo alkoholu, no i zero nadzoru kogoś jakkolwiek odpowiedzialnego. Teoretycznie jechaliśmy na kilkudniową konferencję, gdzie w dusznych salach produkowali się różni mądrzy ludzie, przedstawiający swoją wizję przyszłości mediów, komunikacji, marek i marketingu.

Żeby nie było: my też obejrzeliśmy kilka wystąpień, ale dosłownie JEDNO z nich było naprawdę udane. Pewien człowiek opowiadał na nim rzeczy bliskie memu pojmowaniu rzeczywistości: o prymacie naszej “romantycznej” natury nad algorytmami, które nigdy nie zrozumieją tego, że człowiek to istota pełna sprzeczności. Cała reszta zlewała nam się w jedną, bezkształtną masę, więc dosyć szybko zamieniliśmy panele dyskusyjne na bary i … koncerty, bo wydarzenie na którym gościliśmy, było połączeniem świata biznesu oraz rozrywki. Wszystko miało miejsce zresztą w okolicach Reeperbahn, w sercu Sankt Pauli, dzielnicy dziwek, narkomanów, marynarzy i napalonych nastolatków (oraz, tego dnia, rozbrykanych trzydziestokilkulatków), co dodatkowo zachęcało do tego, by korzystać z uroków wolności.

Co się wydarzyło w Sankt Pauli, niech zostanie w Sankt Pauli, jak mówi stara zasada. Warto jednak ku potomności pamiętać o kilku zabawnych sytuacjach. Udało nam się dla przykładu … zarobić dziesięć euro handlując dziełami sztuki. Najpierw uliczny portrecista zrobił podobiznę kolegi Sławomira, a potem kolega Konrad zdołał przekonać poważnego handlarza plakatami, że jest to dzieło, które na pewno ktoś kupi. No i co się okazało?

Nie minęło pół godziny, a jakieś podchmielone dziewczęta skusiły się na bohomaz na kartce papieru, a my poczuliśmy się jak marszandzi, zastanawiając się na co wydać zarobione pieniądze. Było to zabawne szczególnie, że, po pierwsze, rysunek był paskudny, po drugie, kosztował nas pół euro, po trzecie, portrecista okupował chodnik po drugiej stronie ulicy na której “dzieła” sprzedawali profesjonaliści. Polak potrafi.
Były też inne wydarzenia. Z jednej restauracji nas wyrzucono, gdy próbowaliśmy zamówić jednego homara na kilka osób. Co za teutońskie chamstwo. Do innej nas nawet nie wpuszczono. To też nie było miłe. Trochę to też nasza wina, bo byliśmy głośni i podchmieleni. W ramach konferencji organizowane były bowiem wieczorne spotkania integracyjne, które miały naprawdę świetną formę. Odbywały się bowiem na łodziach, które standardowo wożą turystów po wielkich trzewiach portu w Hamburgu. Przez ponad godzinę pływaliśmy więc sobie i cieszyliśmy się dostępem do darmowego baru. Poznaliśmy kilka osób, w tym dziwnego Amerykanina, który przyjechał na to wydarzenie za własne pieniądze (sic!), bo chciał się z niego czegoś nauczyć (sic!), co więcej, uważał, że były to dobrze wydane pieniądze, bo już coś z tego dla siebie wyciągnął (sic!). Opowiadał nam o swoim biznesie - kanale na Youtube, gdzie w formie spotkania “przy śniadaniu” rozmawia ze start-up’owcami. Brzmi idiotycznie i zapewne dlatego też, odniesie sukces…

Konferencja trwała dwa dni. O ile pierwszego kilka razy jednak zameldowaliśmy się na miejscu, drugiego dnia odkryliśmy, że w pewnym barze prowadzona jest transmisja na żywo, a piwo jest dla uczestników za darmo.

Więc wybór był oczywisty i dzięki temu, w sumie zobaczyliśmy wszystko, a przy okazji, mogliśmy od razu wymienić się uwagami i obserwacjami, zaś nasze zeszyty zapełniły się wiedzą. Od której tak mnie głowa rozbolała, że wczesnym popołudniem pożegnałem się ze wszystkimi i ruszyłem przed siebie, w siną dal.
