Lot krótki i po godzinie z małym ogonkiem, meldujemy się na miejscu. To mój drugi raz w Szwecji, Ania zaś debiutuje w Skandynawii. Wszystko zdaje się iść jak po sznurku. Z lotniska jedziemy do centrum miasta autobusem, potem kupujemy bilety w automacie i wsiadamy do pociągu. Jedną z atrakcji tej trasy jest przejazd po moście nad cieśniną Sund. Ma on prawie osiem kilometrów długości, co sprawia, że ciągle jest najdłuższą tego typu konstrukcją w Europie. Robi wrażenie, chociaż podobno jazda samochodem po górnej części robi jeszcze większe, także ze względu na silne wiatry jakie wieją nad przesmykiem.
Po drodze pociąg zatrzymuje się na stacji Kastrup Airport, a mnie chwyta za serce dziwny skurcz. Cóż, znowu te wspomnienia. Kastrup to bowiem pierwsze lotnisko poza Okęciem na którym byłem. Szkoda, że SAS nie raczy nas sensownymi cenami, bo z chęcią zobaczyłbym je od środka raz jeszcze, najlepiej podczas transferu „gdzieś daleko”.
Wysiadamy grzecznie na Dworcu Głównym w Kopenhadze i tutaj zaczyna się przekleństwo tego dnia.

Gdyby nie moje gapiostwo, pewnie po góra 30 minutach trafilibyśmy do naszego lokum, a następnie poświęcili wieczór na zwiedzanie stolicy Danii. Stało się jednak nieco inaczej.
Po pierwsze, żeby się wytłumaczyć, pożałowałem pieniędzy na porządny przewodnik Lonely Planet i pojechaliśmy z mikrą książeczką, w której nic nie było. Po drugie, jak się miesiąc temu było w Uzbekistanie, to głupio przejmować się wycieczką do uporządkowanej Skandynawii, więc nieszczególnie byliśmy zorganizowani. Mea Culpa, tak czy owak.
Wsiadamy do metra (każdy bilet boli bo to circa 10 zł) i zmierzamy do stacji docelowej – tak mi się wtedy wydawało. Pociąg jedzie i jedzie. Za oknem lasy i zabudowa ginąca w zieleni. Mija jakieś pół godziny i jesteśmy na „miejscu”. Stacja Vaerlose i jej okolice przypominają jakieś głębokie przedmieścia, a do tego nic się nie zgadza.


Rozkład ulic, ich nazwy i punkty orientacyjne, które mamy wymienione na mapce prowadzącej do naszego Bed&Breakfast – wszystko jest zupełnie inaczej. Ania zasiewa ziarno niepewności pytając się czy NA PEWNO wysiedliśmy na dobrej stacji. Moja męska duma jest podrażniona, przecież jeszcze niedawno przemykałem pustynią Kyzył-Kum, odkrywałem tajemnice Chiwy, szwędałem się po zaułkach Buchary... No cóż, jak się okazało po kilkunastu minutach, rzeczywiście wysiedliśmy na złej. Pojechaliśmy w ogóle w złe miejsce i dopiero dokładniejsza analiza wszystkich stacji metra pokazała, że... pomyliłem Vanloese z Varloese. Musicie przyznać, że różnica minimalna, więc czuję się tak jakby usprawiedliwiony za swoje gapiostwo. A do tego, niech to będzie dla mnie nauczka, żeby następnym razem zawsze kupować Lonely Planet, gdzie mapy są dokładne, a linie metra opisane, a nie jedynie nadmienione.
Przyda się też nieco pokory.
Koniec końców, trafiamy do naszego lokum, które okazuje się być miłym domem w spokojnej dzielnicy. Swoją drogą, nasza podróż na przedmieścia mogła nas kosztować dużo więcej, bo kupiliśmy złe bilety i kontakt z „kanarem” skończyłby się dla nas finansowym seppuku.

Mamy jeszcze siłę, by wyjść i pojechać, tym razem bez przygód, do centrum. Na miejscu krótki spacer, małe zakupy w 7 Eleven (już za kilka miesięcy obiecujemy być klientelą tajskiej części ich sieci) i obserwacja otoczenia. Dookoła pełno ludzi, piątek trwa w najlepsze.

Jak to na Zachodzie już bywa, mieszanka ras jest ogromna. Ale to co uderza w pierwszej kolejności, to fakt, że większość osób spożywa piwo na ulicy. A pije tu niemal każdy – młodzież, osoby starsze i zupełnie stare. Wszędzie błyskają małe puszki Carlsberga, tudzież Tuborga. Służby porządkowe robią zapewne co mogą, ale pozostałości wieczornych libacji są widoczne także następnego dnia. My, zmęczeni przez moją leksykalną pomyłkę, udajemy się na spoczynek w kierunku stacji Vanloese (już tej właściwej).
