środa, 7 lipca 2010

Dawno dawno temu, czyli Egipt AD 2007

Do opisania pozostał mi jeszcze jeden wyjazd z tych odbytych w latach minionych. Było to dawno temu, jeszcze w epoce kiedy autor tych słów nie lubił podróżować, preferując za to siedzenie w domu i wydawanie pieniędzy na zupełnie inne rzeczy. Minęły ledwie trzy lata (do tego niecałe), ale mam wrażenie, że od tamtych chwil dzieli mnie bezdenna wieczność. Czy to naprawdę byłem ja, ten miejski leń i kanapowy biesiadnik o aparycji Bachusa? Czy to naprawdę ja wybrałem się na urlop do paskudnej mekki klapkowych turystów i jeszcze w drodze na miejsce obawiałem się czy sobie poradzę?

Życie czasem zadziwia. Szczególnie zadziwiać potrafi nasze własne.

Na przełomie października i listopada 2007 roku wybrałem się do Szarm-el-Szejk. W gronie znajomych, więc było wesoło, rubasznie i co tu pisać, standardowo do bólu. Naszym domem był hotel, któremu ktoś dla żartu chyba, przypiął pięć gwiazdek koło nazwy i tak już zostało. Rano zaczynało się od śniadania, a potem pozostało już jedynie leżenie nad basenem. Bo nad brzeg morza już drugiego dnia nie chciało nam się chodzić – było niby blisko ale dalej stamtąd do baru. W przerwach od smażenia się, można było korzystać z kolejnych dobrodziejstw kulinarnych. Nie mam pojęcia co uratowało mnie przed śmiercią z nudów. Być może rozwolnienie, którego się nabawiłem i które sprawiło, że po pewnym czasie nie mogłem patrzeć na hotelowe jedzenie. Niezależnie co było w środku, każde danie zdawało się pachnieć tak samo. Lokalnego piwa rozdawanego w ramach „all inclusive” nie mogłem pić, a mocniejsze trunki smakowały tak podejrzanie, że w trosce o wzrok wolałem nie ryzykować ich konsumpcji.

Brzmi strasznie, ale na miejscu nie było tak źle – towarzystwo ratowało.

Pewnego dnia wybraliśmy się na całodniową wycieczkę do Kairu (rzecz jasna, zorganizowaną) i w pewnym sensie, to był jeden z momentów zwrotnych mojego życia. Sadat-podróżnik zaczął kopać w brzuch i dawać znać, że jest gotowy do wyjścia na świat.

Autokar jadący przez Synaj to atrakcja sama w sobie. Za oknem surowe wzniesienia, pozbawione roślinności, czasem strome, czasem łagodne, ale zawsze puste. Co kilka/naście kilometrów kolejne patrole policyjne, bo półwysep to de facto strefa zamknięta. Wszystko dla bezpieczeństwa, kilka lat wcześniej kilka bomb podłożonych w kurorcie doprowadziło Egipt do zawału finansowego.

Po wielu, wielu godzinach przejeżdżamy przez Kanał Sueski (nic ciekawego z tej perspektywy) i jesteśmy na prostej trasie do stolicy kraju. Kair zbliża się do nas powoli. Najpierw suchy piasek ustępuje pojedynczym zabudowaniom, głównie o znaczeniu przemysłowym. Potem pojawiają się pierwsze osiedla, ruch na ulicach gęstnieje i gęstnieje. Miasto należy do największych na kontynencie i jego ogrom jest wyraźnie odczuwalny. Za oknem chaos ulicy, przypadkowość zabudowań, brud, smród, tłok i palące słońce.



Przejeżdżając już przez ścisłe centrum, na chodniku zauważam dostojnie kroczących turystów – para wyróżnia się blond czuprynami, wzrostem i wyglądem odbiegającym od egipskich standardów. I wiecie co wtedy o nich myślę. Że to jacyś wariaci, że tam musi być przecież niebezpiecznie, że na pewno zaraz im się coś stanie. A z drugiej strony, sam bym chciał być na ich miejscu. Wtedy poczułem, że klimatyzowany autokar wyładowany plażowiczami, to nie jest perspektywa, z której chcę poznawać świat. Dzisiaj to się wydaje śmieszne ale wtedy byłem tak poruszony tym widokiem, że, jak widać, dobrze go zapamiętałem.

W planach wycieczki było w pierwszej kolejności Muzeum Narodowe. Zbiory imponujące, otoczenie w którym się wielki gmach znajduje... Cóż, dookoła sterty śmieci, rozwalone ogrodzenie z desek i niemiłosierny tłok wylewający się z przyjeżdżających autokarów. Warto jednak, bo wewnątrz znajdują się skarby starożytnej cywilizacji. To chyba jedyne muzeum, którego wystawy zrobiły na mnie jakiekolwiek wrażenie...

Przejażdżka łódką po Nilu – kolejny punkt programu. Niby nic wielkiego ale miło mieć świadomość, że ten brązowy ściek pod nami, to słynna rzeka, matka wielkiej cywilizacji, która buzowała na tych ziemiach w okresie, gdy nasi słowiańscy przodkowie walili się po głowach kamieniami...


Potem była „fabryka papirusów” i „fabryka perfum”, czyli mówiąc wprost, sklepy do których zostaliśmy skierowani celem zakupów. Trochę opowieści o produkcji, trochę śmiechu ale chodziło wyłącznie o to, byśmy coś kupili. No i większość z wycieczki z czymś jednak wyszła...

Gwoździem programu były naturalnie piramidy. Niby tak dobrze zna się je ze zdjęć, filmów i opowieści. Są do tego stopnia obecne w naszej kulturze, że zdawać by się mogło, że nie zrobią już na nas wrażenia. Gdy jednak w końcu pod nimi stoimy, nasz cynizm i wiedza są bezbronne wobec piękna i potęgi tych budowli. Sama trasa wiodąca do nich robi wrażenie. Albowiem piramidy znajdują się na przedmieściach Kairu (dokładnie to w Gizie, wiadomo). Majaczą gdzieś w tle, podczas gdy na pierwszym planie toczy się normalne miejskie życie. O naszą uwagę muszą walczyć z blokami mieszkalnymi, z których co chwila którąś widać. Zdecydowanie nie tego można się spodziewać po najważniejszych chyba zabytkach w historii całej ludzkości.

Weszliśmy nawet do piramidy Chefrena. Wiem, że w środku nic nie ma, ale i tak warto. Wąskie, niskie i potwornie duszne korytarze nie posiadają zdobień, a droga prowadzi do większej komory grobowej, gdzie na ścianie znajdują się pozostałości po Belzonim. Po wyjściu byłem dosłownie zlany potem, w środku jest naprawdę duszno i to przeżycie zarezerwowane raczej dla osób ze zdrowym sercem. Oraz dla tych, którzy nie mają klaustrofobii...

Sfinks, piramidy – mimo wszystko, to wspaniałe doświadczenie. Ten jeden raz w życiu po prostu trzeba. Nawet mimo tłumów turystów, nachalnych naganiaczy i handlarzy „wszystkim”.

Tego dnia, gdy wieczorem wędrowaliśmy po kairskim bazarze, obserwując życie tubylców, zdałem sobie sprawę, że podróżowanie mogłoby zostać moją wielką pasją. Chciałoby się skręcić w bok, wejść w labirynt uliczek i kontemplować to wszystko w spokoju, ale czas był nieubłagany.


Pora wracać było do autokaru bo czekała nas jazda z powrotem w kierunku Synaju.

Do dzisiaj powtarzam, że z chęcią bym do Kairu wrócił. Oczywiście, w ramach wyjazdu indywidualnego. Miasto mi się bardzo spodobało. Są tam zarówno zabytki, z których większość to „must see”, jak i zwarta miejska zabudowa, którą tak bardzo wszędzie lubię oglądać. Zachowało się dużo z „europejskiej” przeszłości miasta. Jest w końcu słynne „miasto umarłych”, obok którego przejażdżaliśmy szybciej niż po innych ulicach – może ze strachu kierowcy?

Acha, o ile teraz robię zdjęcia słabe, wtedy robiłem je jeszcze gorsze, więc większość z nich wstyd pokazywać. Trzeba to mieć na uwadze oglądając powyższe :-)