Życie czasem zadziwia. Szczególnie zadziwiać potrafi nasze własne.
Na przełomie października i listopada 2007 roku wybrałem się do Szarm-el-Szejk. W gronie znajomych, więc było wesoło, rubasznie i co tu pisać, standardowo do bólu. Naszym domem był hotel, któremu ktoś dla żartu chyba, przypiął pięć gwiazdek koło nazwy i tak już zostało. Rano zaczynało się od śniadania, a potem pozostało już jedynie leżenie nad basenem. Bo nad brzeg morza już drugiego dnia nie chciało nam się chodzić – było niby blisko ale dalej stamtąd do baru. W przerwach od smażenia się, można było korzystać z kolejnych dobrodziejstw kulinarnych. Nie mam pojęcia co uratowało mnie przed śmiercią z nudów. Być może rozwolnienie, którego się nabawiłem i które sprawiło, że po pewnym czasie nie mogłem patrzeć na hotelowe jedzenie. Niezależnie co było w środku, każde danie zdawało się pachnieć tak samo. Lokalnego piwa rozdawanego w ramach „all inclusive” nie mogłem pić, a mocniejsze trunki smakowały tak podejrzanie, że w trosce o wzrok wolałem nie ryzykować ich konsumpcji.

Brzmi strasznie, ale na miejscu nie było tak źle – towarzystwo ratowało.
Pewnego dnia wybraliśmy się na całodniową wycieczkę do Kairu (rzecz jasna, zorganizowaną) i w pewnym sensie, to był jeden z momentów zwrotnych mojego życia. Sadat-podróżnik zaczął kopać w brzuch i dawać znać, że jest gotowy do wyjścia na świat.

Autokar jadący przez Synaj to atrakcja sama w sobie. Za oknem surowe wzniesienia, pozbawione roślinności, czasem strome, czasem łagodne, ale zawsze puste. Co kilka/naście kilometrów kolejne patrole policyjne, bo półwysep to de facto strefa zamknięta. Wszystko dla bezpieczeństwa, kilka lat wcześniej kilka bomb podłożonych w kurorcie doprowadziło Egipt do zawału finansowego.
Po wielu, wielu godzinach przejeżdżamy przez Kanał Sueski (nic ciekawego z tej perspektywy) i jesteśmy na prostej trasie do stolicy kraju. Kair zbliża się do nas powoli. Najpierw suchy piasek ustępuje pojedynczym zabudowaniom, głównie o znaczeniu przemysłowym. Potem pojawiają się pierwsze osiedla, ruch na ulicach gęstnieje i gęstnieje. Miasto należy do największych na kontynencie i jego ogrom jest wyraźnie odczuwalny. Za oknem chaos ulicy, przypadkowość zabudowań, brud, smród, tłok i palące słońce.



Przejeżdżając już przez ścisłe centrum, na chodniku zauważam dostojnie kroczących turystów – para wyróżnia się blond czuprynami, wzrostem i wyglądem odbiegającym od egipskich standardów. I wiecie co wtedy o nich myślę. Że to jacyś wariaci, że tam musi być przecież niebezpiecznie, że na pewno zaraz im się coś stanie. A z drugiej strony, sam bym chciał być na ich miejscu. Wtedy poczułem, że klimatyzowany autokar wyładowany plażowiczami, to nie jest perspektywa, z której chcę poznawać świat. Dzisiaj to się wydaje śmieszne ale wtedy byłem tak poruszony tym widokiem, że, jak widać, dobrze go zapamiętałem.
W planach wycieczki było w pierwszej kolejności Muzeum Narodowe. Zbiory imponujące, otoczenie w którym się wielki gmach znajduje... Cóż, dookoła sterty śmieci, rozwalone ogrodzenie z desek i niemiłosierny tłok wylewający się z przyjeżdżających autokarów. Warto jednak, bo wewnątrz znajdują się skarby starożytnej cywilizacji. To chyba jedyne muzeum, którego wystawy zrobiły na mnie jakiekolwiek wrażenie...
Przejażdżka łódką po Nilu – kolejny punkt programu. Niby nic wielkiego ale miło mieć świadomość, że ten brązowy ściek pod nami, to słynna rzeka, matka wielkiej cywilizacji, która buzowała na tych ziemiach w okresie, gdy nasi słowiańscy przodkowie walili się po głowach kamieniami...


Potem była „fabryka papirusów” i „fabryka perfum”, czyli mówiąc wprost, sklepy do których zostaliśmy skierowani celem zakupów. Trochę opowieści o produkcji, trochę śmiechu ale chodziło wyłącznie o to, byśmy coś kupili. No i większość z wycieczki z czymś jednak wyszła...
Gwoździem programu były naturalnie piramidy. Niby tak dobrze zna się je ze zdjęć, filmów i opowieści. Są do tego stopnia obecne w naszej kulturze, że zdawać by się mogło, że nie zrobią już na nas wrażenia. Gdy jednak w końcu pod nimi stoimy, nasz cynizm i wiedza są bezbronne wobec piękna i potęgi tych budowli. Sama trasa wiodąca do nich robi wrażenie. Albowiem piramidy znajdują się na przedmieściach Kairu (dokładnie to w Gizie, wiadomo). Majaczą gdzieś w tle, podczas gdy na pierwszym planie toczy się normalne miejskie życie. O naszą uwagę muszą walczyć z blokami mieszkalnymi, z których co chwila którąś widać. Zdecydowanie nie tego można się spodziewać po najważniejszych chyba zabytkach w historii całej ludzkości.
Weszliśmy nawet do piramidy Chefrena. Wiem, że w środku nic nie ma, ale i tak warto. Wąskie, niskie i potwornie duszne korytarze nie posiadają zdobień, a droga prowadzi do większej komory grobowej, gdzie na ścianie znajdują się pozostałości po Belzonim. Po wyjściu byłem dosłownie zlany potem, w środku jest naprawdę duszno i to przeżycie zarezerwowane raczej dla osób ze zdrowym sercem. Oraz dla tych, którzy nie mają klaustrofobii...
Sfinks, piramidy – mimo wszystko, to wspaniałe doświadczenie. Ten jeden raz w życiu po prostu trzeba. Nawet mimo tłumów turystów, nachalnych naganiaczy i handlarzy „wszystkim”.

Tego dnia, gdy wieczorem wędrowaliśmy po kairskim bazarze, obserwując życie tubylców, zdałem sobie sprawę, że podróżowanie mogłoby zostać moją wielką pasją. Chciałoby się skręcić w bok, wejść w labirynt uliczek i kontemplować to wszystko w spokoju, ale czas był nieubłagany.


Pora wracać było do autokaru bo czekała nas jazda z powrotem w kierunku Synaju.
Do dzisiaj powtarzam, że z chęcią bym do Kairu wrócił. Oczywiście, w ramach wyjazdu indywidualnego. Miasto mi się bardzo spodobało. Są tam zarówno zabytki, z których większość to „must see”, jak i zwarta miejska zabudowa, którą tak bardzo wszędzie lubię oglądać. Zachowało się dużo z „europejskiej” przeszłości miasta. Jest w końcu słynne „miasto umarłych”, obok którego przejażdżaliśmy szybciej niż po innych ulicach – może ze strachu kierowcy?
Acha, o ile teraz robię zdjęcia słabe, wtedy robiłem je jeszcze gorsze, więc większość z nich wstyd pokazywać. Trzeba to mieć na uwadze oglądając powyższe :-)
