Oby było warto. Jak już wielokrotnie tutaj pisałem, lubię Skandynawię i klimat jej miast. Na stolicy Danii też się pewnie nie zawiodę.
W dalszej perspektywie nie mam jednak żadnych planów. Z urlopu pozostały jakieś strzępy, z których jestem w stanie ułożyć jesienią tygodniowy wyjazd gdzieś dalej. A jak się uda, to zostaną jeszcze dosłownie dwa, ewentuanie trzy dni. W sam raz na jeden przedłużony weekend albo kilka wolnych piątków.
Tak więc rozglądam się, sprawdzam, porównuję, zastanawiam się. Czekam na jakąś promocję, która chwyci za moje serce (i portfel). Nawet lubię te chwile, nie powiem. Jest tyle miejsc do których można się potencjalnie wybrać, i to za kwoty analogiczne do masowej turystyki spod znaku Rodos, Synaju czy tureckiej riwery. Trzeba jedynie nieco uporu i pasji, bo jak sam mawiam, w życiu coś za coś. Ktoś ma dobry samochód, ktoś inny piękne mieszkanie, inni ładne dzieci, a ja... No właśnie, ja mam podróże od czasu do czasu.
W tej chwili pod uwagę biorę kilka kierunków. Los bywa jednak przewrotny i doskonale pamiętam, że większość wypraw odbywała się zupełnie niezależnie od takich dywagacji. Niejmniej obecnie zastanawiam się nad:
- Maroko. Afryka Północna kojarzy mi się bardziej z Agadirem i podobnymi ośrodkami dla turystów w klapkach, ale to ponoć przepiękny kraj. Można tam dolecieć za śmieszne pieniądze. Ja póki co ułożyłem kilka lotów tam i z powrotem za około 600 zł, ale można dużo taniej.
- Pekin. Mój cichy faworyt, największy problem w tym, że stolica Chin jesienią przypomina pogodowo Polskę, więc nie jest już ciepło (za to ponoć bardzo sucho). Jest co zwiedzać, w sam raz na tydzień.
- Hong Kong i Makao. To byłoby spełnienie dziecięcych (i nie tylko) marzeń o tym mieście. Będzie tam ciągle ciepło i przyjemnie, w miarę tanio, tylko nie jestem pewien czy widoki jakich podświadomie tam szukam, nie czekają na mnie jednak w Pekinie.
- Izrael. Kiedyś trzeba tam będzie zawitać, więc czemu nie teraz. Jerozolima to jedno z marzeń, ale na miejscu nie jest tak tanio, a procedury wjazdowe mnie nieco zniechęcają.
- Tajlandia. Musiałbym poświęcić całość urlopu, ale ostatnio coś mnie tknęło na punkcie tego kraju. Z chęcią bym zobaczył znowu Bangkok, poszlajał się po tamtejszym Chinatown, popływał po Mekongu i posiedział w knajpkach na Khao San. Za niewielkie pieniądze można by polecieć do Chiang Mai i wrócić drogą lądowa, oglądając to co nie udało mi się poprzednim razem. Albo udać się na południe w tym samym celu. Na miejscu tanio i ciepło, a do tego dziwnym trafem znalazłem bilety za sensowną cenę, porównywalną nawet do tej z 2008 roku. I jeszcze dziwniejszym trafem idealnie pasują daty, a sam bilet zdaje się do mnie wołać: czekałeś na mnie... Sami widzicie, co mnie kusi najmocniej i w jakim punkcie napisałem najwięcej.
Z tej okazji wygrzebałem nawet kilka niepokazywanych nigdy zdjęć z Tajlandii – które przypominają mi jak wspaniale było stanąć na azjatyckiej ziemi za pierwszym razem.

Ogromne i pozbawione humanizmu lotnisko robiło ogromne wrażenie. Ciekawe czy po dwóch latach byłoby podobnie?

To jedno z pierwszych zdjęć jakie zrobiłem w Bangkoku. Do małego parku wokół białego fortu na brzegu Menamu wracałem wielokrotnie.

A to z kolei niedaleko bliźniaczego fortu w nieco innym miejscu miasta. Wieczorne spacery były wyjątkowe – szybko zdałem sobie sprawę, że nic mi tam po zmroku nie grozi.

Do Wielkiej Huśtawki dotarłbym bez problemu nawet dzisiaj...

...podobnie jak do mojego hotelu zlokalizowanego w bocznej uliczce. Wokół mieszkali muzułmanie i każdego ranka, czy raczej nocy, budziło mnie pierwsze nawoływanie do modlitwy połączone ze śpiewem muezzina. Nigdy potem nie słyszałem niczego tak pięknego i przerażającego jednocześnie.

Ajuttię bym jednak pewnie wolał jakoś zgrabnie ominąć. Do dzisiaj pamiętam jak tam się wymęczyłem, spociłem i znużyłem tymi samymi widokami kolejnych ruin.

A to kot z Kanchanaburi, który pałał do mnie wielką miłością i prężył się przede mną uparcie. Pozostaje mieć nadzieję, że była to kocica.

Widać, że mi się Tajlandia podobała, taka dawka optymizmu na mojej twarzy należy do rzadkości.

Jeden z okazów trzymanych w stołecznym Oceanarium. Był tam jeszcze zabawny żółw, który tak machał płetwami, by ochlapać stojących obok ludzi. Takie wspomnienie Bangkoku nowoczesnego i będącego już od dawna w XXI wieku. Czyli dokładnie tam, gdzie powoli zmierza nasza Polska.

Pokochałem ojczyznę tego króla-geniusza. I nie powiem – z chęcią bym tam wrócił, tylko szkoda byłoby chyba lecieć tam znowu na krótko.
Zobaczymy co los przyniesie, a na razie można oddać się marzeniom.
