środa, 14 lipca 2010

Wzięło mnie na wspomnienia - T&T

W najbliższy piątek pakujemy się do samolotu i lecimy do Szwecji, a w sumie to do Kopenhagi. Fajnie niby ale gdzieś brakuje tutaj egzotyki i poczucia dalekiej wyprawy w nieznane. Lecimy do kraju, gdzie wszystko jest zorganizowane, czyste i przewidywalne. Tak jak u nas, tylko, że w nieco lepszej wersji.

Z powodu owego braku egzotyki, raz, że zastanawiam się nad jesienną Tajlandią, a dwa, że wspominam sobie poprzednie wyjazdy. Tym razem wyciągnąłem kilka nowych zdjęć z Trynidadu i Tobago.

Nie wiem czy była to najwspanialsza z dotychczasowych podróży, ale z pewnością było to spełnienie marzeń, by postawić stopę na tych karaibskich wysepkach leżących blisko wybrzeży Wenezueli. Z chęcią bym tak kiedyś powrócił, by poczuć to wszystko jeszcze raz i pokazać innym to co mnie tak bardzo ujęło.


To pierwsze zdjęcie jakie zrobiłem po wyjściu z lotniska w Port-of-Spain. Uderzyło we mnie gorące i lepkie powietrze, okulary zaparowały, a serce niemal wyskoczyło z radości. Czy nie jest tam pięknie? W oddali majączą wzniesienia, wszędzie zieleń... Można się zakochać.
Chwilę potem robię w tył zwrot i odprawiam się na lot do Crown Point na Tobago.

No dobrze, może na tym zdjęciu powyżej radości jakoś nie widać. Ale zrzućmy to na karb przypadkowości uchwyconego kadru. Na koszulce białe ślady wypoconej soli – oznaka, że dzień nie należał do łatwych. Nie mógł taki być, bo spędzałem czas na podziwianie takich widoków jak te poniżej...


Scarborough to jedno z najwspanialszych miejsc w jakich byłem. Może samo miasto nie wygląda zbyt ciekawie (poniżej)...

…ale znajduje się tam Fort Króla Jerzego (Fort King George – brzmi lepiej), czyli zaułek pełen zachwycających widoków. Jak już pisałem, ale to warto powtórzyć bo oddaje klimat miejsca wyjątkowo dobrze: w pewnych chwilach człowiek zaczyna wypatrywać w oddali pirackiego galeonu. Armaty leniwie zerkają na morską kipiel na dole, jakby ciągle liczyły, że będą jeszcze potrzebne...

Drzewa dają cień i wytchnienie od skwaru. Wszystko zadbane i za darmo, więc przychodziłem tam wielokrotnie delektować się klimatem tego miejsca.


Tuż obok zabudowań znajduje się miejski szpital. Pamiętam dobrze jak przechodząc obok niego, byłem świadkiem przedziwnej sceny. Sanitariusze wynieśli na ulicę zakryte pościelą zwłoki i zostawili je tam samotne. Takie dramaty blisko tak cudownego miejsca.
A poniżej Zatoka Kurlandzka niedaleko Plymouth, czyli miejsce gdzie dzielni Kurlandczycy rozpoczynali swoją przygodę ze wspaniałą wyspą Tobago.

Dookoła dużo miłych domków, aż chciałoby się kiedyś takowy nabyć i zaszyć się w nim niczym Ian Fleming w swoim “Goldeneye” na Jamajce.

Druga, większa wyspa, czyli Trynidad jest oczywiście równie ciekawa. Dużo więcej tam do zwiedzania, ale ma to swoje negatywne konsekwencje – nie jest już tak swojsko. Jest też nieco bardziej niebezpiecznie. Kraj mimo iż szczyci się (i słusznie) reputacją najspokojniejszego w regionie, to jednak swoje problemy ma. I z częścią z nich może mieć kontakt turysta. Nie ma jednak co przesadzać. Po prostu, warto na siebie uważać, szczególnie w stolicy Port-of-Spain.

To powyżej to widok na “biznesową” część stolicy widzianą z perspektywy spokojnej dzielnicy, nieopodal której mieszkałem. Dużo tam zieleni, parków i niskiej zabudowy.

Kawałek dalej znajduje się stary cmentarz Laperose. Pełno tam eleganckich i dużych nagrobków, nawet cmentarne aleje mają swoje nazwy. Tuż za bramą toczy się normalne miejskie życie...


Mój hotelowy pokój w Port-of-Spain nie posiadał klimatyzacji. A powinien, bo bez niej trudno było oko zmrużyć. Wśród napojów warto odnotować Ginger beer (made by Coca-Cola). Skusiłem się egzotyką obwoluty i informacją o jamajskim pochodzeniu. Pierwsze łyki były w porządku, ale potem imbir zaczynał palić w przełyk i trudno było mówić o jakimkolwiek orzeźwieniu. Dobrze, że miałem jeszcze zwykłą wodę, bo inaczej noc bez picia byłaby jeszcze cięższa do zniesienia.

A to z kolei jedno z moich ulubionych zdjęć. Nieco jestem zmordowany, to fakt. Dotarłem do hotelu w Port-of-Spain późnym wieczorem (piechotą – a ostrzegano by tego nie robić) i zastałem stojące duszne powietrze w pokoju, który dawno nie był wietrzony. Tropiki potrafią wymęczyć i ile razy zerkam na zdjęcie, tyle razy przypominam sobie o tym fakcie.

Ostatnie chwile na wyspach spędziłem na wyjeździe do Manzanilli. Miejsce słynie z długiej i pięknej plaży. Naprawdę długiej – pas piasku ma ponad 40 km. Cisza i spokój, nieliczne osoby, więc miałem ten cud właściwie tylko dla siebie.



To jedno z tych miejsc do których chciałbym jeszcze wrócić. Mawia się, że Trynidad i Tobago to wszystko co najlepsze na Karaibach w jednym miejscu. Są plaże, są góry, są piękne rolnicze doliny, są ciekawe miasta, zabytki, fortece. Są w końcu tak turystyczne wygody (nie skosztowałem), ale kilka kroków od nich można już obserwować normalne życie, autentyczne a nie na pokaz.

Lufthansa uparcie promuje swoje połączenie do Caracas – skąd można łatwo się dostać na Trynidad za pomocą połączenia promowego lub ewentualnie lotniczego. Może w przyszłym roku? Kto wie...