
Jak to już bywa, promocyjne ceny mają to do siebie, że szybko się kończą. Wygrywają najszybsi, a „ostatnich jedzą psy”, jak to śpiewano w Polsce Ludowej. No i niewiele zabrakło, żebyśmy musieli obejść się ze smakiem. Ostatecznie jednak, po moich dwóch zawałach i stekach przekleństw, bilety do Bangkoku są nasze. Nieco droższe niż wczoraj, ale cóż, traktuję to jako karę za pazerność (albo ostrzeżenie żebym nie używał nigdy więcej starożytnej płatności przelewem bankowym!).
Gdzie moja dawna forma w wykorzystywaniu do cna promocji? :-)
Nie zdążyłem nawet wspomnieć o tym, że wczoraj w przypływie szału, „nabyłem” także bilety do Pekinu. Szykowała się męska, krótka wyprawa do mroźnej stolicy Państwa Środka. Nawet nieco za szalona jak na moje standardy, bo na miejscu byłbym (sic!) trzy dni. No i wybitnie za tania jak na normy przyzwoitości. Więc ktoś na górze uznał, że mi wystarczy już tego dobrego. Bilety z konieczną, jak się okazało rano, dopłatą już nie wyglądały tak atrakcyjnie cenowo, więc postanowiłem z nich zrezygnować. I w ten sposób Zgóda, którego namówiłem na wspólny wyjazd, jedzie w końcu sam. Sorry Rafał, jeżeli to czytasz to poniżej specjalnie dla Ciebie kilka atrakcji zimowego Pekinu.


Podobno w marcu zdarzają się już silne burze piaskowe, które zasłaniają horyzont i sprawiają, że w powietrzu dosłownie strzelają iskry…

Nieco żal, ale finanse z gumy nie są (przynajmniej moje).
Do wylotu do Rygi zostało „ledwie” 120 dni. Szybko zleci, bo biurkowy holocaust pożera czas jak mało co.
