sobota, 17 lipca 2010

Jeden dzień to za mało...

Drugi dzień poświęcamy w całości na eksplorowanie Kopenhagi. Trafiliśmy na przyjemną, typowo skandynawską letnią pogodę. Jest ciepło, jednak nie za gorąco, a słońce od czasu do czasu wychodzi zza stalowych chmur. Akurat wtedy gdy mamy go dosyć, znika z powrotem. Nie dziwi nas, że satysfakcja z życia w Danii należy do najwyższych w świecie...

Poranne zakupy w sklepie przyprawiają o ból głowy. Ach, te ceny. Jemy jednak całkiem smaczne i duże kanapki i nie myślimy o tym, że każda rzecz czy usługa, którą tu nabywamy jest kilka razy droższa niż w Warszawie. Takie miejsca jak to skutecznie leczą z chęci podróżowania po Zachodniej Europie. Podczas konsumpcji na ławce obserwujemy zagubionych młodych ludzi, ciągle pijanych, którzy ciągnęli za sobą wielki głośnik. W powietrzu rozbrzmiewają piosenki Beatlesów. Zapewne wracają do siebie, czyli do Christanii – nam niestety, nie udało się odwiedzić owej przedziwnej wyspy otoczonej morzem wygodnictwa.

Zwiedzamy sobie za to na spokojnie miasto. Ogólnie, Kopenhaga jest ładna. Ale nie mogę odpędzić się od wrażenia, że wszystko to już widziałem i znam. A to ze Sztokholmu, a to z Wiednia, czy nawet Helsinek.


Wszędzie porządne XIX wieczne kamienice, ułożone ulice ze zwartą zabudową dookoła. Czysto, schludnie ale z drugiej strony ma się wrażenie, że czas tu zatrzymał się kilkanaście lat temu. Takie obrazki, jak żywo, przypominają mi mój pierwszy, dziecięcy jeszcze, kontakt z tzw. „Zachodem”. I nie powiem, lubię to, mimo iż brak w tym wszystkim egzotyki czy chociażby niespodzianki (poza zabawnymi pomyłkami mojego autorstwa).

Po leniwym spacerze, podczas którego Ania jest „główną mapową” i wyznacza nam marszrutę, trafiamy pod słynny Kościół Fryderyka. Lokalni mieszkańcy nazywają go Marmur Kirke.

Zbudowany na wzór Bazyliki Św. Piotra widoczny jest z oddali, a jego kopuła przyciąga nas do siebie wystając zza miejskiej zabudowy.

Wystarczy przejść kilka kroków i trafiamy do Amalienborg, czyli kompleksu pałacowego. Na wielkim placu sporo turystów, a tłum gęstnieje z każdą minutą. Punktualnie o dwunastej rozpoczyna się bowiem słynna honorowa zmiana warty, która stanowi jedną z żelaznych atrakcji turystycznych miasta.

Szczerze napisawszy – nic ciekawego. Ale turystom, w szczególności Japończykom się to podoba i policjanci muszą powstrzymywać watahy przed wbiegnięciem za daleko. Kilkunastu wojaków w zabawnych czapkach i czerwonych paradnych mundurach maszeruje duktem. Kilka salutów, wymiana miejsc i żołnierze kończący wartę odwracają się i znikają w bramie. Mnie jednak ciekawi coś innego. Jeszcze będąc w Sztokholmie, zapamiętałem, że tamtejsi honorowi mają dosyć luźne podejście do swoich obowiązków. I w Kopenhadze jest dokładnie tak samo. Młody wojak pełniący wartę koło budki stoi krzywo, rozgląda się leniwie dookoła i niemalże puszcza oczko do co powabniejszych turystek. Z ucha sterczy mu słuchawka, żuje gumę i raz po raz przechyla się to w lewo, to w prawo. Gdzie tu szacunek do służby, gdzie tu jakiekolwiek poświęcenie? Wystarczy porównać chociażby z ateńskimi Ebzonami, nie mówiąc już o Azjatach. Niestety, to tylko drobny przykład na to, że Europę toczy cywilizacyjna choroba degeneracji.

Porzucamy jednak te refleksje i udajemy się w kierunku rzeki. Po drugiej jej stronie podziwiać można nowoczesną bryłę Opery.

My jednak spacerujemy nabrzeżem i trafiamy do Nyhavn. To z kolei najbardziej „pocztówkowa” część miasta.

Kamienice mają tu kolorowe fasady, a z kanału wypływa co chwila kolejna łódź pełna turystów.

Wszędzie dużo ludzi i znowu to samo – niezależnie czy w restauracji czy na bruku, każdy tu trzyma w ręku puszkę złocistego napoju. Postanawiam nie być w tyle i resztę dnia spędzam w podobnej asyście. Tym bardziej o to łatwo, że znajduję w sklepie ni mniej, ni więcej ale mój ukochany Cyder w kilku smakach. Szkoda, że w Polsce tak trudno o ten wspaniały napój...

Znajdujemy sklep Aldi, czyli jak mawiali klasycy – „kupowanie w Aldi jest tylko krok przed grzebaniem w śmietniku”.
W środku w końcu jest nieco taniej, a mnie bawi przaśność tego dyskontu. Ze smutkiem jednak stwierdzam, że już nie ma pustych kartonów, które służą jako swoiste „koszyki” sklepowe. Tak czy owak, Aldi to zawsze miłe wspomnienie i mam do tego miejsca szacunek.

Potem udajemy się, wzorem tubylców, na parkową łakę, gdzie chwilę odpoczywamy na zielonej trawie. Co chwila napotykamy na rodaków i niestety, ale duża część z nich daje się rozpoznać z daleka po soczystych „kurwach” zdobiących każde zdanie. Oprócz turystów znad Wisły, jest tu także sporo Polaków wyglądających podejrzanie. Brudne ubrania, przepite twarze, reklamówki trzymane w dłoniach. Przypominają mi się opowieści z Wiednia, o tym, że dużą część tamtejszych bezdomnych stanowią nasi rodacy – i to od głębokich lat 80-tych. A może po prostu krajanie wracali z zakupów w Aldim?

Kawałek dalej znajdujemy zamek Rosenborg. Zabytek z XVII wieku jakoś nas specjalnie nie ujął swoim wyglądem.

Nie jest wielki, ani szczególnie wyróżniający się bogactwem zdobień. Ale zwraca uwagę to, że podobnie jak wiele innych w Kopenhadze, zbudowany jest z cegieł.

Spacerujemy następnie Dzielnicą Łacińską, w tym ulicą Stroeget, będącą tutejszym naczelnym „deptakiem” reprezentacyjnym. Po drodze, szukamy miejsca na obiad ale w skutek różnicy zdań pomiędzy mną a Anią, ostatecznie nie jemy nic aż do wieczora. Niespiesznie, bo niespiesznie ale ostatecznie meldujemy się w okolicach Dworca Głównego i Ratusza, czyli tam gdzie dzień wcześniej zaczęliśmy „rozglądać” się po mieście. Pora na główny punkt wieczoru, czyli wejście do Parku Tivoli.

Ania wyczytała gdzieś informację, że wizyta w Tivoli natchnęła samego Walta Disneya do stworzenia swoich słynnych parków rozrywki. Brzmi ciekawie, ale pamiętać trzeba, że stary Walt zmarł w 1966 roku, od tego czasu świat poszedł mocno do przodu, a Tivoli... Cóż, sprawia wrażenie jakby dosłownie stało w miejscu.

Ale trzeba oddać cesarzowi co cesarskie – to pierwszy tego typu park na świecie. Powstał w połowie XIX wieku. Ma świetną lokalizację, bo niewiele aglomeracji może się pochwalić podobnym obiektem zlokalizowanym w samym centrum. Ciągle przyciąga dzikie tłumy i chcąc czy nie chcąc, trzeba do Ogrodów wejść, bo inaczej nie można powiedzieć, że się w Kopenhadze było.

Bilety kosztują „na nasze” sporo. W środku czeka zaś multum atrakcji, tyle że każda jest dodatkowo płatna. Więc raczej oglądamy niż uczestniczymy. Zabawa trwa w najlepsze i ludziom wcale nie przeszkadza ów drobny feler, że całość sprawia wrażenie miejsca nieco zużytego i mającego lata świetności za sobą.


My pozwalamy sobie na szaleństwo w postaci wejścia do nowo otwartego Oceanarium. W wielkim akwarium pływają setki ryb, w tym płaszczka i rekiny, które pływają dookoła niczym obłąkane. Ładny widok, ale nie sposób odpędzić się od uczucia, że to co obserwujemy to wielkie więzienie dla tych zwierząt. Na starość robię się wrażliwy.

Siedząc na ławce zupełnie niechcący odkrywamy jedną z tajemnic tego świata. Obok nas rośnie sobie spokojnie krzak, którego kwiaty śmierdzą... bezdomnymi. No może to i było zabawne, ale refleksja jest taka, że w bogatej Kopenhadze i tych jest wielu. Ale nie wierzę, że nie był to samodzielny ich wybór w społeczeństwie, które z definicji jest równie gnuśne co zasobne.

Po wyjściu z Ogrodów jeszcze rzut oka na ścisłe centrum. Pod Ratuszem w najlepsze trwa już libacja, zupełnie jak dzień wcześniej. Ja bardziej zwracam uwagę na stojący naprzeciwko Dworca Hotel SAS Radisson.

To pierwszy wieżowiec jaki powstał w Kopenhadze, przykład architektury lat 60-tych. Surowa bryła przypomina wielką kartę perforowaną, tym bardziej w lato, gdy część okien jest otwarta. Przynajmniej, tak piszą o nim „znawcy”. W budynku kręcono m.in. jedną z części „Gangu Olsena” i jest on symbolem nowoczesnej stolicy Danii.

Po krótkiej kontemplacji, wracamy grzecznie „do siebie”. Nieco z żalem, bo przez ten jeden dzień nie udało nam się zobaczyć wszystkiego. A dnia następnego czeka nas już powrót do Polski, z krótkim postojem po szwedzkiej stronie cieśniny Sund.