środa, 24 marca 2010

24.03 Lost in Hanoi

24.03

Hanoi należy najpierw pokochać. A następnie zagubić się w nim – dosłownie stracić orientację i ze zrezygnowaną miną stać na środku kolejnego skrzyżowania sześciu lub więcej ulic, zastanawiając się gdzie należy skręcić. I w jaki sposób przedostać się przez sznur skuterów.

Być może to najciekawsze miejsce w jakim byliśmy do tej pory. Racja w tym, że Hanoi jest niezwykle orientalne.

Nie wiem czy to prawda, ale można przeczytać, że to najurokliwsza stolica państw regionu. Mogę porównać jedynie do Bangkoku. Wiadomo, pierwsza miłość jest wyjątkowa, ale to miasto jest w stanie zachwiać tym stwierdzeniem.

Poranne godziny to śniadanie i długa eksploracja Starej Dzielnicy. Wąska, niska zabudowa z niezliczonymi balkonami, tarasami i tarasikami daje ogromne możliwości dla tutejszej gastronomii. Staramy się trafiać do takich miejsc, gdzie można usiąść na jednym z nim i z góry podziwiać uroki miejskiego życia Hanoi.
Ku mojej uldze, porcje są większe. Nawet smaczne, chociaż tęsknie już do schabowego i ziemniaków. Albo do najzwyklejszego kurczaka w sosie słodko-kwaśnym. Takim nawet jak w domu. Jakoś nie mogę spotkać tego dania od dni spędzonych w HCMC. Jem w końcu zupę Yum Kum. Ostra tak jak powinna być, ale nie smakuje jednak tak jak oryginalna tajska wersja.

Old Quarter zajmuje nam nieco czasu. Często się gubimy.

Poniekąd to wina tego, że nie mamy mapy, a zerkanie na przewodnik nie należy do rozwiązań wygodnych. Inna sprawa jest taka, że dzielnica jest po prostu mała. Gęstość zabudowy jednak to w pełni rekompensuje i okolica pęka w szwach od przeróżnych sklepów, targów, zaułków, świątyń, ulic, uliczek i przejść. Odległości nie są duże, zupełnie jakby były skrojone na małe, azjatyckie nóżki.

Zdarza się więc, że niczym Guliwer nie zauważamy miejsca do którego chcieliśmy trafić i idziemy dalej. W jednym przypadku, przechodzimy przez ruchliwą dwupasmówkę i zupełnie niechcący, trafiamy do innego świata.

Tuż obok wybrzeża Rzeki Czerwonej rozciąga się zapuszczona i biedna dzielnica.

Chwile pobłądziliśmy po jeszcze węższych uliczkach (jakby to było możliwe).Dajemy się uwieść brudnemu ale urokliwemu obliczu tego miejsca. Nie było tu już żadnych turystów, a nasze białe oblicza wzbudzały zainteresowanie wśród autochtonów zajętych swym „codziennym życiem”. Wygladamy przez czyjeś podwórko na samą rzekę. Wietnamczycy mają coś szczęście do nadawania im nazw brzmiących dla nas niczym największa tajemnica. Ale w rzeczywistości, zerkamy na duży i bezwładny brązowy ściek, rozdzielonymi pasmem zarośniętego krzakami lądu.

Miasto nam się bardzo podoba. Jest w nim zabudowa będąca pozostałością francuskiej dominacji, ale całość ma swój orientalny urok i czar.

Budynki niskie i wąskie. Wszystko jest stłoczone, chociaż są też takie rejony, gdzie można odetchnąć pełniejszą piersią a horyzont nie kończy się na najbliższym skrzyżowaniu małych uliczek. W centrum znajduje się spore jezioro. Most łączy małą wysepkę z lądem. Na niej zaś znajduje się świątynia Ngoc Son. Jak zawsze, religia daje nam chwilę względnej ciszy oraz spokoju od zamieszania dookoła.

Na targu znajduję „weasel coffee”, czyli ni mniej ni więcej, kawę która najpierw zjadana jest przez łasicę, wydalana, a następnie wybierana z ich odchodów (albo wymiocin, bo natura daje kilka możliwości). Smakuje ponoć wybornie. Cena dosyć wysoka i pozostaje mieć nadzieje, że nieco zdeformowane ziarenka są dowodem na to, że naprawdę widziały łasicę „od środka”.

HCMC wydawało się bardziej „międzynarodowe” i nowocześniejsze w zabudowie. W Hanoi są miejsca gdzie można ulec wrażeniu, że czas się zatrzymał tam w miejscu wiele lat temu. To że stolica Wietnamu jest dwa razy mniejsza od swojego południowego rywala nie ma dla nas żadnego znaczenia. Powietrze jest tu nawet gorsze. Chociaż jest sporo chłodniej, pocimy się tutaj jak nigdy do tej pory.

Rozpoczynamy długie poszukiwania restauracji godnej nas nakarmić obiadem. Zadanie tylko pozornie wydaje się banalne. Raz że jesteśmy wybredni, dwa, że nauczyliśmy się tutaj alergiczne reagować na ceny zbliżone do tych znanych nam z Polski. Trzy, że gubimy się w gąszczu ulic, a cztery, że zaufaliśmy Lonely Planet i szukaliśmy knajp, które umieścili na swojej mapie. Przewodnik najnowszy, ale póki co, skuteczność odnośnie gastronomii ma prawie żadną. Albo nie istnieją, albo jedzenie wcale nie jest takie „splendid”. W końcu trafiamy do miejsca gdzie byliśmy wczoraj wieczorem i z balkonu zerkamy na to co się dzieje się, chwilowo bez naszego udziału, na dole.

Wieczorem wyruszamy w stronę Mauzoleum Ho Chi Minha. Ale przegrywamy walkę z Hanoi. Było dobrze, dopóki na naszej trasie nie pojawiło się skrzyżowanie złożone z bodaj siedmiu ulic. Żadna nie była oznaczona, ale to nie szkodzi, bo na ogólnej mapie z przewodnika i tak nie było nazw. Moja intuicja zawiodła, po tym jak zmęczeni przeskakiwaniem między pojazdami nie wiedzieliśmy już nawet skąd przyszliśmy. Wylądowaliśmy daleko od celu i ze spuszonymi nosami powróciliśmy do „cywilizacji”. No cóż, może to i dobrze, że zostawiamy sobie coś na potem?

W centrum można spotkać „ulicznych handlarzy książkami”. Podobnie jak w HCMC. Tyle że tutaj głośno pytają się o to czy może mamy ochotę coś poczytać, a ciszej czy nie chcemy aby marichuany. Gdyby ktoś był zainteresowany – w literaturze znajdzie rozwiązanie swoich potrzeb.

Jutro cały dzień mamy zajęty przez wyprawę do Halong Bay. Pojutrze zaś przeznaczamy na Perfumową Pagodę. Potem jeden dzień na Hanoi i... wolę o tym nie myśleć. Czas leci szybko z jednej strony. Z drugiej znowu mam to zabawne uczucie, że rzeczy mające miejsce kilka dni temu wydarzyły się nader dawno.