Kolejne miasto na naszej trasie to Danang. Jeszcze z okna autobusu jadącego do Hon Ai, widzimy, że raczej nie będzie tu nic nas szczególnie interesującego. Pierwszy bezpośredni kontakt jedynie nas w tym utwierdza.
Jimmy Hotel gdzie się zatrzymaliśmy sprawia wrażenie iście przedziwne. Budynek stoi samotnie w odległości może dwustu metrów od plaży.

Nie ma w sąsiedztwie żadnych innych zabudowań, a mimo wszystko jest tak wąski, jakby miał się wcisnąć między swoje nieistniejące sąsiedztwo. Dookoła pusta przestrzeń, walają się śmieci i rosną dzikie zielska.
Wnętrze jednak całkiem miłe. Mamy pokój na piątym pietrze. Widok z panoramicznego okna wprost na morze.

Gdyby nie to, że pleksiglas jest brudny, byłby pełen zachwyt. Po lewej mającza nam na horyzoncie wzniesienia w kształcie uszu Myszki Miki, czyli Małpia Góra. Na wprost nas – plaża.
Z przyziemnych spraw: w łazience jest nawet jacuzzi, ale niestety nie umiemy go włączyć. Hotel wygląda dobrze. Zastanawia nas jednak całe miejsce jako takie. Wzdłuż plaży jest już dużo wszelakich resortów i powstaje kilkadziesiąt nowych. Większość to może i okazy tandety ale są wielkie i w zamyśle mają przyciągać tysiące klientów. Miejsce nieco straszy pustką. W ciągu dnia nic tu się nie dzieje, a my jesteśmy ciekawi w jaki sposób właściciele zamierzają tchnąć w to miejsce życie. Być może za kilka lat to się zmieni, a my widzimy jeszcze to miejscem przed turystym boomem, który zniszczy leniwą autentyczność tych przedmieść?
W okolicach południa meldujemy się na plaży. To China Beach, rozsławiona przez amerykański serial, którego popularność jakoś ominęła Polskę.

Pas piasku ciągnie się długimi kilometrami. Gdzieniegdzie rosną palmy, a ludzi bardzo mało. Mówiąc wprost – jest tu ładnie, ale znowuż tak strasznie pusto. Leżenie na leżakach nas szybko męczy i szukamy jakiejś restauracji. Nie jest to łatwe, bo dookoła cisza i spokój. Jemy obiad, najdroższy do tej pory, w przypadkowym hotelu, który krzyczy do nas „nie stać Was na mnie”. Porcje ciągle się zmniejszają.

Na plaży obserwujemy wyławianie owoców morza prosto z fal. A raczej, wyciąganie ich z brzegu. Dwaj chłopcy na naszych oczach podnoszą dziwne galaterowate stworzenie i niosą je z uśmiechami do hotelu. Specjalistami nie jesteśmy ale wyglądało to jak nader blada meduza.

Zapamiętujemy, by nie zamawiać żadnych owoców morza. Nie wierzę w to, że żywe, zdrowe zwierzątka same z siebie wyskakują na piasek, ale oceanologiem to nie jestem i nigdy już nie będę.
Popołudniem owego leniwego dnia, zmierzamy do miasta. Niby mieszkamy w Danangu, ale jego plażowa część to kawałek drogi od właściwego centrum. Spacer nie należy do najmilszych, sznur skuterów zwiększa się w miarę zbliżania do mostu łączącego naszą część z sercem metropolii.

Co chwila ktoś nas zaczepia. Dzieci mówią „hello” i szybko okazuje się, że to jedyne słowo, które możemy tu usłyszeć po angielsku. Starsi albo się uśmiechają, albo burczą coś pod nosem w naszym kierunku. W Danang turyści po prostu mało kogo obchodzą.
Miasto nie robi na nas żadnego wrażenia. Nawet o rozczarowanie trudno, bo już wcześniej mieliśmy świadomość, że nie czeka nas tu nic wyjątkowego. Ale z drugiej strony, to Azja i wszystko ma swoją magię, nawet takie miejsca. Jest tu nieco biznesowych okolic, kilka solidniejszych i nowoczesnych budynków, znajdą się nawet sieciowe kawiarnie, które ostatni raz widzieliśmy w Sajgonie. Jest miła promenada nad rzeką, którą można określić jako lokalną wersję szanghajskiego Bundu dla bardzo mało wymagających.

Trafiamy do restauracji polecanej przez Lonely Planet. Porcje ciągle niewielkie, z obsługą komunikujemy się pokazując palcem co chcemy dostać (a i tak zamówienie zgadza się w 75%). Wracamy „do siebie” taksówką. Okazuje się, że wieczorem okolice nieco ożywiają. Do życia budzą się uliczne jadłodalnie. Wpadamy do jednej. Menu jedynie po wietnamsku, Ania, która zna ten język doszukuje się w spisie potraw „pastora” i innych dziwnych wyrazów. Dochodzimy do wniosku, że zapewne jadają tu wszystko, w tym także chrześcijan. To by tłumaczyło czemu tak mało tu białych twarzy dookoła.

Moje danie okazuje się być kawałkami kurczaka smażonymi na głębokim tłuszczu i przyrządzonym na słodko. Ania dostała owoce morza w sosie ananasowym, jak zawsze, nawet w ciemno, trafiając lepiej ode mnie. No chyba, że danie pochodzi z popołudniowego „połowu”. Wzbudzamy zainteresowanie dookoła. Młodzi kawalerowie zerkają nieśmiało na naszą żeńską część, do mnie przysiada się z piwem młody człowiek, którego opijam z jednej szklanki. Dookoła żadnych innych białych twarzy, poza jednym gościem. Siedział niepewnie otoczony wianiuszkiem złożonym z typowej wietnamskiej rodziny. Zapewne młoda wietnamka przedstawia swojego narzeczonego, a ja sobie myślę, że tak kończą się pewnie samotne przygody na azjatyckiej ziemi.

Wracając do hotelu, stwierdzamy zgodnie, że miejsce wygląda żywiej i dużo lepiej o tej porze dnia. Do tego stopnia, że siedząc w pokoju słyszymy jak w restauracjach na dole odbywa się wesoła konsumpcja połączona z toastami wznoszonymi lokalnym piwem. Znowu nie będzie łatwo zasnąć mając ten azjatycki żywioł tuż obok siebie. A rankiem będzie tu zupełnie inaczej. Pusto i tak cicho, że mamy ochotę się zapytać siebie samych: co tu w ogóle robimy?
