Przypominam sobie ów wspaniały wrześniowy dzień sprzed półtora roku, gdy pierwszy raz w życiu postawiłem stopę na azjatyckiej ziemi. To zmęczenie, ta duchota, to powietrze lepkie od wilgoci i przesycone zapachem parującym zdaje się od samych ludzi. Pamiętam po dziś dzień jak siedziałem na zewnątrz lotniska, oczekując na przyjazd bliżej niezidentyfikowanego busa. „To nie ten, czekaj” – padała odpowiedź na moje regularne wstawanie z plecakiem na widok kolejnego nadjeżdżającego pojazdu. Mimo iż nie wykonywałem żadnych zbędnych ruchów, byłem zlany potem, a tempo mojego oddechu przypominało walkę o życie jakie toczy ryba wyrzucona na brzeg. Byłem znużony podróżą, otępiały zmianami czasu, zmęczony sąsiedztwem grubego Australijczyka podczas kilkunastu godzin lotu. A do tego wszystkiego ta cała Azja nie pozwalała mi odpocząć, bo wszystko dookoła jawiło się tak inne od tego co znam, że postanowiłem obserwować i zapamiętywać wszystko, najwięcej jak się da.
I nie mogę się doczekać kolejnej przygody – mimo, iż obawiam się nieco jak te moje wyidealizowane wspomnienia z Bangkoku i okolic przeżyją konfrontacje z tym co będzie reprezentować Azję w Wietnamie.
Teraz pora kupować ostatnie rzeczy potencjalnie niezbędne do wyjazdu – by za jakiś czas przywieźć nieotwarte pudełka z węglem, z lekarstwami zatrzymującymi potok sraczki, z lekarstwami wywołującymi potok wymienionej wcześniej brązowej lawiny, repelenty na komary, plastry na odciski, krem do opalania i inne towary, które zabiera się najczęściej tylko po to, by mieć świadomość, że się jest zabezpieczonym na wszystko dookoła.
