Pobudka jeszcze w nocy – nie ma piątej nad ranem, gdy opuszczamy śpiący Sao Nam Hotel i jedziemy taksówką na lotnisko. Rzadka to chwila, gdy HCMC jest tak puste i spokojne. Na ulicach pojedyńcze pojazdy ale wszystko już powoli budzi się do życia. Kierowca wyrabia nadprogramowe kilometry, za które płacimy dodatkowe kilka tysięcy dongów. Ale w sumie nie mamy o to pretensji, bo pozwala to nam dłużej żegnać się z tym szalonym miastem.

Jetstar tym razem stanął na wysokości zadania i kilka minut po ósmej rano już jesteśmy w Hue. Lotnisko posiada kod IATA tak bliski naszemu sercu – HUI.
Szybka decyzja, że jedziemy busem i niebawem meldujemy się w Binh Minh Sunrise Hotel. Wita nas recepcjonistka ze śmiechem tak szczebiotliwym i nieustannym, że podejrzewamy ją o zażywanie środków stymulujących dobry humor. Całe miasto wydaje się miłe. Na ulicach jesteśmy witani, a szerokie uśmiechy naszych żółtawych przyjaciół sugerują, że cieszą się oni na widok kolejnych białek sakiewek w zasięgu swoich rąk.
Rano śniadanie i pora na zwiedzanie „starego miasta”.

Najpierw spacer po moście rozwieszonym nad Rzeką Perfumową (nazwa może i magiczna, ale to brązowy ściek jak każda rzeka w tych okolicach) i na naszej drodze wyrasta centrum handlowe.

Nie możemy sobie odmówić chwilowej wizyty w tymże. W spożywczym supermarkecie szukam mojej ulubionej czarnej herbaty w butelce, ale niestety, wszystko wskazuje na to, że w Wietnamie jej nie ma. Są za to inne jej mutacje, ale wszystkie raczej nie na moje podniebienie. Jaśmin, zioła, tamarynd. Szczególnie smakiem tego ostatniego można się „zalepić”.
Hue słynie z dużego obszaru otoczonego murami obronnymi.

Cytadela, bo tak się ów teren nazywa, zajmuje sporą powierzchnię drugiego brzegu rzeki. Punktem centralnym jest Zakazane Purpurowe Miasto.

Niestety, duża część zabytków została zrównana z ziemią przez ponoć cywilizowanych Francuzów (którzy płakali podczas II WŚ na barbarzyństwo w stosunku do dóbr kultury jakie wykazywali naziści) i Amerykanów. To co zostało daje jednak dobre świadectwo tego jak wszystko musiało wyglądać w okresie świetności. Gdzieś z tyłu głowy pamiętamy, że Hue wcale nie jest takie „antyczne”, bo zabytki pochodzą z wieku XVIII i późniejszych.

Upał był niemożliwy. Walczyliśmy z nim dzielnie, bo miejsce ma tą zaletę, że posiada wiele miłych zaułków, sporo cienia, a różnorodność budynków sprawia, że nie nudzimy się i chcemy zobaczyć co jest dalej. Albo przynajmniej, ja chce a Ania się grzecznie dostosowuje. Przed bramą główną powiewa flaga Wietnamu zawieszona na ogromnym maszcie.

Dookoła aż roi się od rikszarzy, którzy niestety już nauczyli się kombinować wzorem swoich kolegów po fachu z innych krajów. Wskazują na drogę do bocznej, zawsze zamkniętej bramy do kompleksu pałacowego. Gdy biale sakiewki wypchane dongami docierają na miejsce słyszą, że obecnie wszystko jest nieczynne. Można za to, naturalnie, wybrać się na przemiłą przejażdkę z sympatycznym panem, bo cóż innego robić czekając aż brama się otworzy z powrotem? My na szczęście wiemy lepiej i wzdłuż murów docieramy tam gdzie chcemy. W Ani najwyraźniej zakochał się jeden z rikszarzy, bo bardzo dzielnie za nami jechał, telefonu jednak nie zostawił, więc miłość musiała pozostać platoniczna i nieskonsumowana w żaden sposób.
W ten oto sposób minęło nam wiele godzin i zanim się zorientowaliśmy byliśmy już czerwoni od słońca. Powłócząc nogami wróciliśmy do hotelu, co chwila coraz mniej i mniej grzecznie odmawiając na wszelkie propozycje podwiezenia. Z tego co zauważylismy, w Hue wszystko trwa „one hour”, słowo pojawia się tu niemal w każdym możliwym kontekście. Wycieczka? One hour! Riksza? One hour! Łódź? One hour!
Półgodzinne przegrupowanie sił skończyło się kikugodzinną drzemką. Wieczorem wyruszamy obolali nad rzeczną promenadę, by znaleźć coś do jedzenia. Ja jestem czerwony, Ania powłóczy nogą. Oboje wyglądamy zapewne osobliwie niczym romans kuternogi z Winnetou.
Hue słynie z własnej kuchni, ponoć bardzo zresztą pikantnej. Po długich poszukiwaniach, siadamy w wybranym lokalu. To co zamówiliśmy jakoś nas nie ujmuje. W HCMC było chyba nieco smaczniej, chociaż z drugiej strony zamawiamy różne rzeczy i trudno porównać kurczaka do wołowiny podawanej na liściu bananowca. Ceny są niższe, ale z kolei wiele restauracji należy do tych bardziej wysublimowanych. A jak wiadomo za to się płaci dodatkowo. Dużo tu Francuzów i zastanawiam się czasem co też żabojady muszą czuć, gdy przyjeżdżają w takie miejsca. Dawne Indochiny to nie Czarna Afryka. Tu się osiedlano, tu decydowano się prowadzić swoje życia, w tych miejscach się zakochiwano. Musieli cierpieć gdy je tracili, podobnie jak cierpeli tracąc Algierię. Kim są i jakie mają uczucia następne pokolenia gdy widzą ziemię być może należącą do ich przodków?
Jutro transfer do Hoi An. Około południa powinniśmy być na miejscu i mamy dwa dni na poznanie miasta oraz jego okolic (czyli plaż, o które jestem coraz częściej pytany). Nieco szkoda opuszczać Hue, bo nam obojgu tu się podoba. Miasto jest dużo spokojniejsze od HCMC, przechodzenie przez ulicę to bułka z masłem. Do tego zabytkowa część miasta jest kompaktowa i sympatyczna do eksplorowania. Sporo tu turystyki ale z drugiej strony, wystarczy skręcić kawałek od utartych szlaków, by zobaczyć Wietnam bardziej prawdziwy. Ludzi wieszających klatki z ptakami na gałęziach, robiących pranie, pracujących w warsztatach. Do tego okoliczna zieleń aż kipi od cykad. Ich dźwięk jest tak głośny, że aż rani uszy.
Tego dnia zrodził się mit „głupich cip”. W drodze powrotnej zaczepiły nas dwie amerykańskie turystki (Ania wątpi w to czy aby na pewno były z USA; dla mnie mogły być i z Głupkocipkowa) z kretyńskim pytaniem jak dotrzeć do miejsca, którego nie ma. Jako że zostałem przez jedną z nich poprawiony, zapałałem do nich szczerą nienawiścią. Tak szczerą, że dopiero po kilku minutach zorientowałem się jak kretyńskie było ich zapytanie. Szukajcie dalej tej Cytadelii, głupie pipy!!!
