czwartek, 25 marca 2010

25.06 Szare kolory Halong Bay

25.09

Tego dnia wybraliśmy się na zorganizowaną wycieczkę do słynnej Halong Bay. Ofert jest mnóstwo – począwszy od wypadów jednodniowych, poprzez opcje z noclegami na łodzi. My zdecydowaliśmy się na najkrótszą opcję.

Halong Bay to wizytówka całego kraju. Miejsce należy do tych, które po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Większość zdjęć Wietnamu jakie można znaleźć tu czy tam – to najczęściej wariacje na temat zatoki. Każdy turysta trafia tu wcześniej lub później, a jeżeli jakimś cudem omija miejsce, uznać należy, że w Wietnamie tak naprawdę wcale nie był. Tyle „przewodnikowej” teorii. A jak jest w praktyce?

W pierwszej kolejności, nasz bus jedzie trzy godziny. Przemierzamy przedmieścia Hanoi. Za oknem rozciągają się widoki smutne, albo chociaż takie, które zmuszają do refleksji. Kraj rozwija się szybko i to co widzimy nazwać wypada kloaką, w której zbierają się niechciane „owoce” rozpędzonej gospodarki. Brud, pył, liche zabudowania. Małe miasta, z przemysłową zabudową i kominami na horyzoncie. Zaniesczyszczenie czuć niemal zza szyby. Ludzie wydają się być skocentrowani na swoich obowiązkach, zmęczeni i wprost brudni od niedbałego otoczenia w którym na codzień przyszło im żyć. W tym wszystkim dziwnie wyglądają dosyć często spotykane salony mody ślubnej. Populacja jest młoda, więc z pewnością jest to prężny biznes. I nie szkodzi, że eleganckie suknie ślubne prezentowane są w takim, a nie innym otoczeniu.

Od razu nie za bardzo polubiliśmy się z naszym przewodnikiem. Adolf, bo tak go nazwaliśmy roboczo z Anią (ze względu na uroczą zaczeskę w stylu Szpakowskiego albo ulubionego premiera każdego prawdziwego Niemca) miał akcent tak niewyraźny, że zdołaliśmy zrozumieć co dziesiąte słowo, które opuściło jego usta. Najczęściej mogliśmy usłyszeć „you can see”, co oznaczało, że mamy zerkać w jakiś punkt wskazany jego przewodnikową ręką. Poza tym, zajęty był romansowaniem z dwoma nastoletnimi tajwankami.

To znaczy, jemu wydawało się, że je podrywa, a nam wydawało się, że dawno nie widzieliśmy festiwalu takiej żenady. W sumie, przewodnik nam był potrzebny jak klapki w zimie, Adolf jednak działał nam na nerwy.

Wsiadamy na łódź i rozpoczynamy właściwą część podróży. Statek średniej jakości. Wiele więcej nie potrzeba było. No może poza toaletami, bo te mogłyby być czystsze. Nie ma co narzekać, najważniejsze to przecież nie to co widać w sraczu, ale to co dookoła. Statek wolno wypływa na wody zatoki. Ze względu na niski stan wód, stoimy pewien czas blisko portu. Raz nawet słychać i czuć jak dziub szoruje po dnie. Nasza łajba jednak to wytrzymała.

Obiad na statku był zajęciem nieco stresującym. Naprzeciwko nas posadzono przedziwna parę obleśnych chińczyków. On wyglądał jak najgorszy sen każdej dziewczyny idącej na randkę w ciemno. Postura informatyka, strój piłkarza na obozie treningowym. Do tego dodajmy jeszcze maniery przy stole godne Azji (no a gdzie niby jesteśmy, należy się retorycznie zapytać). Ona – chciałem jej zrobić zdjęcie, ale w sumie nie powinniśmy się smać z cudzej urody. Powiedzmy więc, że nie należała do najpiękniejszych i powinna się cieszyć, że zdołała usidlić takiego przystojniaka. Do jedzenia dostaliśmy jedynie pałeczki. To znaczy, do jedzenia było kilka dań, z których braliśmy kęsy wszyscy przy jednym stoliku. Ja ciągle średnio posługuję się drewienkami, a przy rodowitych azjatach denerwowałem się zachowaniem należytej ceremonii.

No dobrze, zatoka. Powiem wprost. Dla mnie nieco rozczarowująca. Może to wina pogody. Nie świeciło słońce i po raz pierwszy w Wietnamie poczułem potrzebę założenia na siebie czegoś cieplejszego. Wyspy i wystające z wody skały oczywiście urocze, ale mnie to wszystko zaczęło po chwili nieco nużyć.

Chyba po Danangu i tym co tam się działo, mam przemożna ochotę spacerowania, zwiedzania i oglądania. Na łodzi jest mało miejsca i nawet jeżeli na turystów czekają takie atrakcje jak kajaki, zwiedzanie jaskiń i smaczne posiłki podawane na eleganckiej łodzi, to jednak moja dusza chce pójść własną drogą. A nie może.

Odwiedzamy jedną z jaskiń. Tłok niemiłosierny. Psuje to wrażenia, a szkoda, bo wnętrze wspaniałe.

Ogromna przestrzeń, bogactwo dziwnych kształtów. Nasz Adolf przekonuje nas, że to co widzimy to smok, pies albo inne zwierze. My myślimy, że nie mamy na tyle wyobraźni, by w kawałku skały zobaczyć żabę albo cokolwiek innego. Widać, że wietnamczycy się starają. Jaskinia jest podświetlona na różne kolory, co nadaje jej dodatkowo ciekawego wymiaru.

Po tym wszystkim powrót do Hanoi tą samą trasą. Poznaliśmy do tej pory wszystkich uczestników, a jeżeli nie, to sobie dopowiedzieliśmy to kim mogą być. Jak zawsze, przedziwne, ale pochodzimy z tylu przeróżnych zakątków globu. Australia czy Japonia robią wrażenie, ale to my mamy tu daleko, dla nich to kilka godzin od domu.

Wieczorem trafiamy do przemiłej restauracji, którą poleca Lonely Planet. Nazywa się „69” i poza świńską nazwą, jest więcej niż w porządku. Ceny nie są wysokie, obsługa miła, dania róznorodne i nawet spore porcje. Wszystko mieści się z zadbanym, ponad 100-letnim budynku. W tak eleganckich wnętrzach ostatni raz jedliśmy chyba w Hoi An.

Ogłosiłem najwyższy stopień alarmu majtkowego. Oznacza to mniej więcej tyle, że szukam nie takich, które są świeże, a takich które wydają się najmniej „znoszone”. Na szczęście w drodze powrotnej znajdujemy bieliźniane zagłębie. Nabywam drogą kupna produkty Calvina Kleina – oczywiście oryginalne. Za 100.000 dongów.

Jutro Perfumowa Pagoda. Wieczorem nieco nerwów. Aeroflot modyfikuje nam lot do Moskwy, ale nie jesteśmy w stanie połapać się o co dokładnie chodzi. Pozostaje mieć nadzieję, że w niedzielny wieczór zameldujemy się w Warszawie zgodnie z planem. No właśnie, to już ostatnie chwile naszego urlopu. Aż chce się płakać...