niedziela, 28 marca 2010

28.03 Każda historia ma swój koniec

28.03

Taksówka z hotelu na lotnisko. Ostatnie spojrzenia na Hanoi. Mimo, że jest wczesny, blady świt, miasto już żyje. W parku, dookoła bliżej nam nieznanego pomnika (pierwsze skojarzenia – „chwała obrońcom socjalistycznej ojczyzny”) ludzie rozciągają się, ćwiczą grupowo jogę albo grają w badmingtona. Czy Wy naprawdę nie macie co robić w domach?

Na Noi Bai odprawiamy się grzecznie, a następnie idziemy się pożegnać z pierwszą knajpą do jakiej trafiliśmy przed niemal dwoma tygodniami. Gold Lotus okazuje się jednak znowu miejscem co najmniej dziwnym. Najpierw nie mogliśmy się doczekać obsługi. Potem gdy ktoś do nas łaskawie podszedł, odpowiedział na jedno nasze pytanie i zamiast przyjąć zamówienie... sobie najzwyczajniej poszedł w restauracyjną dal, olewając nas doszczętnie. Zdecydowanie więc Gold Lotusa nie polecamy, chyba, że ktoś chce sobie darmowo przekimać kilka godzin. Można mieć pewność, że nikt Wam w tym nie zawadzi.

Lot do Moskwy trwał ponad 10 godzin, czyli ciut więcej niż wynosi moja tolerancja. Podróż znojna, dookoła typowy chaos generowany przez żółtych mieszkańców naszej planety. Obok nas pani wiezie pod nogami ogromne naczynie, może jakiś samowar. Gdzie indziej by jej nie wpuścili na pokład, ale Aeroflot chyba pogodził się z tym co biorą ze sobą wietnamczycy. Pani co chwila wyciąga z wielkiego pudła kolejne egzotycznie wyglądające owoce, które zajada z typową dla Azji swobodą. Wypluwanie pestek, dłubanie w zębach, siorbanie, to wszystko jest obok nas.

Szeremietowo oznaczało tym razem nieco nerwów. W związku ze zmianą czasu i opóźnieniem samolotu z Hanoi, mamy chwilkę na przesiadkę. A w środku terminala obrazki w typie dawno już nie spotykanym nawet u nas. Jedna leniwa i obrażona na cały świat Pani sprawdza bilety setki kotłujących się transferowych pasażerów. Nasz boarding do Warszawy już się zaczyna, tymczasem stoimy w wielkiej kolejce. Summa summarum, wszystko kończy się szczęśliwie, ale pojawiające się nerwy wskazują jednoznacznie, że urlop ze swoimi błogosławieństwami dobiega właśnie końca. Pora wracać do własnego, smutnego i zdenerwowanego świata.

Następnego dnia rano słyszę w porannych serwisach telewizyjnych, że w moskiewskim metrze miały miejsce zamachy terrorystyczne. Straszne, a do tego w pewnym sensie byliśmy blisko tego wszystkiego. Mając na uwadze jak wygląda kontrola bagażu na transferze (jedna pani zerkająca na monitorek od czasu do czasu) nieco mnie zmroziło.

Podsumowanie? Trudno napisać coś by uniknąć i tak wzechobecnej tu sztampy. W Wietnamie jest to wszystko z czego słynie (albo i nie) cała niemal Azja. Chaos, dezorganizacja, brudek, smrodek, brak troski o higienę. Ogromny tłok, szaleństwo na ulicach, prowizorka, zagęszczenie wszystkiego co możliwe. Gdzieś obok wielkich miast i ich nierozwiązywalnych problemów jest jednak cisza świątyń, duma pagód, piękno architektury z dawnych lat i wspaniały krajobraz. Jest tu pięknie i wierzę w to, że niestety, ale Wietnam czeka niebawem zalew masowej turystyki dla której profitów wszystko zostanie zadeptane. Zabudowa tu zupełnie inna niż np. w Tajlandii, ale to zrozumiałe. Chińska supremacja przez niemal tysiąc lat zrobiła swoje. Mniej tu złotych zdobień, wielkich brył i odważnych kształtów. Jest skromniej, chociaż ciągle kolorowo. Zamiast stiup i złotych dachów, mamy kolorowe dachówki pokrywające zalane dymem kadzideł świątynie.

Wietnam to także, a może przede wszystkim ludzie. Znamy ich z Polski. W ich ojczyźnie ciągle panuje bieda, oblicza są smutniejsze niż te które widziałem w innych miejscach. Ciągle widoczny jest socjalizm. Zarówno ze swoją „niepowtarzalną” architekturą, jak i konsekwencjami jakie pozostawia w ludzkiej psyche. Nie każdy się uśmiecha, a bieda jest znacznie większa niż w jedynym mi znanym kraju regionu, czyli Tajlandii. Co może dziwić, bo i tam się zwykłym ludziom „nie przelewa”. Przy czym musimy pamiętać, że to co dla nas oznacza ubóstwo, w Azji niekoniecznie jest postrzegane tak samo. Zamiast PKB dominuje tu filozofia szczęścia jako takiego, oderwanego od dobrobytu materialnego. I mimo wszystko, to Wietnamczycy są od nas bardziej radośni. Chociaż to my mamy duże telewizory i wszystko-robiące-pralki. Tylko czy to może być wyznacznik satysfakcji z życia?

Koniec wyjazdu i już robi się ciężko bez planowania kolejnego wypadu. Nie wiem co przyniesie przyszłość, ale jakby co, jakieś wstępne marzenia już się tlą i czekają na impuls do realizacji.