Kolejna wycieczka. Tym razem do Perfumowej Pagody. Dookoła nas w busie albo rodziny z dziećmi albo emeryci. No cóż, nie ma to jak ekstremalne wyprawy.
Podróż przez przedmieścia budzi podobne skojarzenia jak ta z wczoraj. Ale wysilę się na inną refleksję, która czeka w kolejce do wyartykułowania. Samochody. W Wietnamie ich ciągle niewiele. Nie ma co liczyć na widok sfatygowanych oldtimerów jak w Tajlandii. Po pierwsze, ledwie niedawno rowery zostały zastąpione przez skutery, których są w samym Hanoi dosłownie miliony. Po drugie, niewiele osób ma samochód. Po trzecie, jeżeli ma, to już nowy i duży. Obserwując ulice widać jak ten kraj był jeszcze niedawno biedny (a może bardzo biedny, bo ciągle jest tu ubogo). Nie ma starych aut? Nie ma, bo kilkanaście lat temu nie było ich tu w ogóle.

Widać też jak szybko Wietnam rozwija się, a niektóre osoby wybijają się stanem posiadania ponad innych. Chyba powoli robię się socjalistą na stare lata przez te wszystkie podróże po zakątkach takich jak ten.
Inna opowieść to samochody dostawcze. Jest ich cała masa na trasach dolotowych do stolicy. Oprócz marek znanych na całym świecie, są też takie, które widzę pierwszy raz. Chińskie wyroby wyglądają jak te z Korei czy Japonii, ale o ich jakości wykonania niech świadczy fakt, że w przydrożnych warsztatach to one są najczęściej spotykanymi gośćmi.
Koniec jazdy busem i przesiadka do łodzi. Następnie godzina wiosłowania (na szczęście, nie naszego) w górę rzeki. Widoki wspaniałe, świeci słońce i już wtedy uznajemy wspólnie, że ten wyjazd podoba nam się bardziej niż wczorajszy.

Dookoła przyroda, tubylcy zajęci swoim własnym życiem, cisza, spokój. Te dwa ostatnie przynajmniej do momentu w którym nie wysiadamy z łodzi. Stajemy u zbocza góry, cel – jej szczyt i wszystko co po drodze do tego.
Na szczycie góry znajduje się, kolejna dla nas, jaskinia. W środku na skale ułożony znak szczęścia. Albo to może nasi wygoleni chłopcy tu byli?

W praktyce jest to świątynia, jedna z najważniejszych w całym kraju. Wietnamczycy masowo ją odwiedzają, składając (fałszywe, bo budda się przecież nie zna) pieniądze w darze. Banknoty leżą to tu, to tam. Niektórzy pocierają pieniędzmy o zbocze jaskini. Jako że najważniejsze uroczystości wypadają w okresie marca i kwietnia, jest tłoczno. I bardzo, bardzo rustykalnie. Atmosfera jak z wiejskiego odpustu w naszej starej dobrej Polsce.

Stragany z jedzeniem straszą nasze europejskie oczy różnymi dziwnymi widokami. Obrane ze skóry, upieczone zwierzęta zwisają ponuro z haków. Niektóre są całe, inne już „nadjedzone” tu i tam.

Jedna z naszych towarzyszek podróży, nazwa robocza „głupia Szwedka” pyta się przewodnika co to jest i dostaje odpowiedź, która mrozi jej skandynawską krew. Podobno psy. Ja to w to nie wierzę, chociażby dlatego, że psy z tego co wiem nie maja raciczek i nie posiadają ogonków długości jednego metra. Tak czy owak, nieco to obrzydliwe, a w jednej z takich knajp będziemy jedli obiad.
Wejść na górę można na dwa sposoby. Albo na własnych nogach, co zajmuje solidną godzinę i jest oczywiście męczące.

Druga możliwość to luksusowa przejażdka nowo postawioną kolejką górską, która pokonuje trasę w siedem minut. Postanawiamy wybrać opcję najbardziej logiczną, czyli wjechać na górę, a zejść o własnych siłach. Uśmiech szybko mi zamiera, gdy zdaję sobie sprawę, że to przecież kolejka linowa, a te jeżdżą wysoko nad ziemią. Ale jest już za późno na ucieczkę.

Z przejęcia siedzę nerwowo i nie poruszam żadnym mięśniem. Pode mna, raz bliżej a raz dalej zielone poszycie lasów okalających zbocza. Kolejka jak na złość, sunie wolno i niemrawo, bujając się na boki raz po raz. Jedziemy razem z miłą rodziną z Kalifornii. Ona – pochodzenie azjatyckie bliżej nieokreślone, on – bardzo miły malezyjczyk. Nawiązuje nić porozumienia Polsko-Malezyjskiego i mówię, że kojarzymy Kuala Lumpur z Formuły 1 i Petronas jako sponsora naszego Roberta Kubicy. Temat naturalnie schodzi na wyścigi Nascar. No tak, dla Ameryki to jedyny sport motorowy jaki znają i kochają.
Zejście z góry zajęło nam dużo czasu i wcale nie było takie łatwe. Po cichu liczyłem na kamienne schody, orientalny klimat i piękne widoki zza barierki. Tyle marzeń. W rzeczywistości, góra jest dosłownie oblepiona straganami z różnościami.

Od wzorcowej wręcz tandety, lśniących w słońcu pseudo-złotych posążków z plastiku, proporców, koszulek, jedzenia, ziół, słodyczy, flag, małych budd, dużych budd i średnich budd. Kończąc na stanowiskach z muzyką, wyposażonych obowiązkowo w dvd i telewizory na których raz po raz oglądamy kolejne urywki kolejnych przedziwnych wietnamskich filmów czy teledysków. Z głośników gra muzyka. Przechodzimy od jednej kakofonii do drugiej. Mnie zaczepia kilka osób proponując, zdaje się, zakup tandetnych koszul we wzorki rodem ze snów Violetty Willas. Ania jest odprowadzana wzrokiem przez co pewniejszych siebie lokalnych donżuanów w koszulkach D&G o wątpliwej oryginalności.
W końcu docieramy na dół, jemy psa na obiad, zwiedzamy jeszcze jedną pagodę u stóp góry i pora wracać.

Znowu wiosłowanie. Na końcu przewodnik informuje nas, że co prawda ciężka praca wioślarzy jest opłacona, ale przyjmują oni z przyjemnością napiwki za miłą podróż. Ja daje Ani 10.000 VND ode mnie. Ania przekazuje kwotę Pani nie dodając nic od siebie. Czeka na nas krzyk i ciągnięcie za rękaw. Napiwek napiwkiem, ale nachalność przy jego egzekwowaniu nieco mnie zdenerwowała. Wyszedłem na tego, który nic nie dał i słyszałem jak za moimi plecami pada stek przekleństw po wietnamsku. Bałem się, że wioślarka mogła rzucić na mnie klątwę, więc do późnego wieczora sprawdzałem co chwilę czy nie wyrosła mi żadna kurzajka. Wyczekiwałem też nadejścia swędzenia albo chociaż sraczki, ale nic z tego nie miało miejsca. Dla porządku dodam, że praktycznie nikt nic nie zostawił, a ja byłem jedynym, który zdobył się na ten gest. Żeby nie było, że jestem chamidłem.
Incydent z wioślarką mógł zdarzyć się wszędzie, ale stał się przyczynkiem do ugruntowania mojej opinii na temat miłych ludzi jacy zamieszkują Wietnam. Może później przyjdzie czas na podsumowanie wyjazdu jako całości, wtedy dam upust swoim przemyśleniom.
Tym razem nasz przewodnik, o imieniu Lang (z twarzy chyba rzeczywiście jakaś rodzina Czesława) okazał się być miłym i rzeczowym żółtym człowieczkiem.

Mówił ładnie po angielsku, nie był nachalny i interesował się wszystkimi. Rozstaliśmy się w zgodzie i będziemy go mile wspominać. On pewnie też bo dostał od nas napiwek.
Już w Hanoi spożywamy kolację i smutna refleksja. To już koniec. Jutro ostatni dzień w Wietnamie, pora wracać do domu, do pracy i do życia zgarbionej nad monitorem szarej myszki. Z jednej strony, wielka szkoda. Z drugiej, Azja jednak potrafi wymęczyć. To ciągłe zaczepianie, przepychanie się, przeskakiwanie przez ulicę niczym we „Froggerze”, te zapachy, zagęszczenie wszystkiego co tylko możliwe – potrafi dać w kość. Ale wiem doskonale, że będę do tego tęsknić i będę to czule wspominać.

Tutaj, myślę sobie, człowiek przypomina sobie o tym, że w rzeczywistości jest istotą społeczną. Każdy żyje z kimś, dla kogoś. Nie ma tu miejsca na jakikolwiek „kokonizm”. Który osobiście lubię i za którym osobiście nieco tęsknie.
