Rano zbieramy bagaże i udajemy się na hotelowe śniadanie. Nie zdążyłem jeszcze pozachwycać się specyficznym smakiem wietnamskiej kawy (czy już wspominałem jak jest inna od tej znanej ze Starego Kontyntentu?), kiedy dostaliśmy informację, że mamy się „już” zbierać do autobusu. Odjechaliśmy w sumie jakoś mocno po godzinie od tej chwili – ot, takie azjatyckie rozumienie czasu.
Droga długa. Nie wiem dlaczego ale wietnamczycy jeżdżą wolno, nie ma tu gnania na złamanie karku, które znam z Egiptu czy pobliskiej przecież Tajlandii. Za oknem piękne widoki. A to dzieci na mułach stojące na poboczu, a to góry majaczące w oddali. Pola ryżowe, wybrzeże, wzniesienia i doliny. Na jedynym postoju spotykamy miłego chłopca, który zbiera monety z całego świata.

Jeżeli kiedyś go spotkacie i zobaczycie naszą dwugroszówkę, nie myślcie o mnie źle. Szukałem w plecaku jakichś resztek ale znalazłem jedynie to. Pochwalam jego pasję. W końcu my numizmatycy powinniśmy trzymać się razem!

Autokar wjeżdża do tunelu. Hai Van, bo tak się nazywa, ciągnie się przez ponad 6 km pod ziemią. Skraca czas ale przez chwilę pozbawia nas widoków za oknem (w sumie to pozbawia widoków jedynie mnie, bo Ania spokojnie śpi, podczas gdy ja chłonę piękno otoczenia).
Mijamy Da Nang i mam smutne wrażenie, że to miasto jest nader nijakie. Nie ma w nim nic co przyciągać może uwagę na dłużej. Żadnych zabytków i niczego konkretnego.W sumie dobrze, że spędzimy tam mało czasu, a do tego mieszkać będziemy kawałek od centrum. China Beach też nie zrobiła na nas należytego wrażenia. Ciągnie się kilometrami i pozostaje mieć nadzieję, że nie wszędzie jest tak samo. Obok pasu piasku niemrawo rosną kolejne hotele. Kilka już wybudowanych to okazy tandety i bezguścia, którego trudno szukać nawet w Szarm-el-Szejk i innych „kurortach”. Po drugiej stronie ulicy chaotycznie ułożone zabudowania o przemysłowo-handlowym charakterze. Całość nie wygląda zachęcająco, ale mamy nadzieję, że nasz hotel będzie w porządku. Wiele w sumie nam nie trzeba. Tyle, że to dopiero pojutrze, a my przecież żyjemy tym co teraz!
W końcu docieramy,z ponad godzinnym opóźnieniem, do Hoi An. W przypływie ambicji postanawiamy (a może raczej postanawiam autoratywnie) dotrzeć do naszego hotelu piechotą. Jest po dwunastej, z nieba leje się żar, którzy wczoraj zrobił z nas obolałych indian. My dzielnie przemierzamy kolejne przecznice. Ale na końcu tego trudu czeka istna perła. O ile tylko dostrzeżemy ją zalanymi potem oczyma.
Thanh Van Hotel to, póki co, zdecydowany lider pośród wszystkich naszych noclegów w Wietnamie. Wiem, że nie brzmi to zbyt „backpackersko”, ale jest tu wszystko co potzebne do szczęścia. A nawet więcej. Pokój spory i czysty.

Jesteśmy już przyzwyczajeni do wygodnych łóżek, telewizorów, klimatyzacji i porządku. Ale nie do widoku zza drzwi. Na dole pod nami najprawdziwszy basen. Pewnie ani razu z niego nie skorzystamy, ale jakby co – jest i na nas czeka. A jak zajebiście wygląda na zdjęciach!

Hoi An słynie z kilku rzeczy. W pierwszej kolejności sprawdzamy jak ma się sprawa z jedzeniem. Zamawiam „white rose”, czyli krewetki bodajże duszone na parze owinięte w papier ryżowy. Delikatna przekąska, ale smak wyborny. Kontrybucja do wietnamskiej kuchni jaką wnosi miasto jest dużo bogatsza, ale na spróbowanie wszystkiego nie ma czasu.

Chcemy zobaczyć jak najwięcej. A jest co.
Pierwsze wrażenie? To najpiękniejsze miasto w jakim byliśmy w tym kraju do tej pory. Zabytkowa zabudowa, lekki kolonialny posmak.

Wszędzie dużo sklepów oraz... zakładów krawieckich, z których Hoi An słynie. Ania zamówiła sobie kilka rzeczy, ja raczej nie jestem zainteresowany. Chociaż przyznać muszę, że wszystko jest tu ładne, jednak czy aby na pewno użyteczne?

Szwędamy się po wąskich uliczkach. Malutki most japoński kojarzę ze zdjęć i jak to bywa często, mam ochotę powiedzieć, że nie wygląda na tak mały jak w rzeczywistości. To jedyna tego typu budowla, która zawiera w sobie także małą świątynię.

Zwiedzamy jeden z kompleksów pobudowanych przez chińczyków, wchodzimy też potem do świątyni ku czci generała Quan Conga. Na koniec odwiedzamy jeden z tradycyjnych domów. Wszystko oddzielnie może nie chwyta za serce, ale w ujęciu całościowym jesteśmy Hoi An po prostu zachwyceni. Z głośników gra dyskretnie lokalna muzyka, na sznurach nad nami wiszą niezliczone lampiony. Woń kadzidełek dookoła. Klimatyczne uliczki, spokój i uroda tego miejsca nie pozostawiają obojętnym nawet takiego prostaka jak ja.
Niemały wkład w to wszystko ma Polak, Kazimierz Kwiatkowski. Nieco przypadkowo trafiamy pod jego pomnik i dowiadujemy się o jego roli w zachowaniu starego miasta w Hoi An oraz renowacji okolicznych kompleksów zabytków. Polak potrafi. Przepraszam go za to, że na początku stwierdziłem, że musiał to być jakiś „jebany komuch”. Dopiero ciocia Wikipedia mi wszystko wyjaśniła.

Wieczorem postanawiamy się upić – tzn. ja postanawiam. Po długiej przerwie wypijam kolejne w życiu Tigery (piwa, nie napoje, dla nieświadomych).

Ogólnie azjatyckie browary na swojej robocie raczej się nie znają. Lokalne piwa nie należą do wybitnych arcydzieł, ale dają się wypić. Tiger zaś to azjatycki gigant, dostępny od Chin po Filipiny. Sponsoruje nawet angielską piłkę nożną – coś o tym wiem, bo właśnie zerkam na toczący się pojedynek Premiership. Tutaj także kochają piłkę, chociaż nie w tym stopniu co w innych krajach regionu.
Trafiamy do sympatycznej restauracji, gdzie mamy stolik na piętrze z widokiem na rozświetloną lampionami rzekę. Magia. Wprowadzam do tego cudownego świata nieco zamieszania. Zamawiam jedno danie, dostaję drugie, a za moimi plecami rozlega się awantura związana z tym, że zamówienia się nie zgadzają. Nie ma to żadnego znaczenia, ale jakby co – to była moja wina. Za co przepraszam.

Jutro rano zamierzamy najpierw zjeść śniadanie w hotelu, a potem jechać na plażę. Wiem, że długo tam nie wytrzymam, więc po kilku godzinach zapewne będę miał okazję pokręcić się po mieście raz jeszcze. Zdecydowanie warto. W takim miejscu jak to, aż mi żal, że nie umiem robić na tyle dobrych zdjęć, by uchwycić jego piękne takim jakim go widzę.
