wtorek, 16 marca 2010

16.03 Jak Jetstar Pacific zdobył sobie "przyjaciół"

16.03

To był ciężki dzień. Kończę go leżąc na łóżku w Ho Chi Minh City i mam ochotę powtórzyć za Martinem Sheenem z „Czasu apokalipsy”:
- Saigon. Shit.



W samolocie w końcu zmorzyło mnie zmęczenie. Miałem wiele dziwnych snów. Co chwila to zasypiałem, to budziłem się i zasypiałem ponownie – z jednej mary nocnej do drugiej. Wszystko w efekcie wymordowało mnie jeszcze bardziej, do tego stopnia, że podczas „porannej” pobudki miałem owe dziwne wrażenie. Wrażenie, że lecę w tym samolocie od bardzo dawna, od tak dawna, że już nie pamiętam ani kiedy do niego wsiadłem, ani co było przed tym, ani też co mnie czeka po wylądowaniu. Taka filozofia wiecznej włóczęgi i może ubrałbym to wszystko w ładniejsze słowa, gdyby nie śniadanie serwowane przez obsługę. Znowu sporo i całkiem smacznie, a ja obserwując pracę serwisu pokładowego zdałem sobie sprawę, że Aeroflot przypomina mi standard American Airlines. Ten sam chłodny stosunek do pasażerów, czyli bądź co bądź klientów. Rzadki uśmiech, jeżeli już to raczej ironiczny, praca bez zbędnego zaangażowania, wszystko możliwie najmniejszym kosztem wysiłku. Od czasu do czasu bardziej zdecydowane zachowanie, niemalże sforowanie. Ale w sumie nie ma się czemu dziwić. Gdybyście musieli zapanować nad samolotem z Wietnamczykami na pokładzie, szybko doszlibyście do podobnego wniosku. Że albo w ten sposób albo w żaden inny nie uda się nad azjatyckim żywiołem zapanować. Robili niemal wszystko. Spacerowali po samolocie w najmniej odpowiednich momentach, pozwalali swoim dzieciom stać w fotelach albo chodzić podczas gdy samolotem trzęsło na wszystkie strony. Znalazł się jeden taki, który spędził całą podróż śpiąc... na podłodze pod fotelami. Nie mówię już o ssyfie jaki po sobie pozostawili na pokładzie.



Lądowanie należało do tych bardziej „emocjonujących”. Samolot zniżał się wchodząc w gęstą pokrywę chmur. Trzęsło mocno, widać było, że maszyna niemal fizycznie męczy się walcząc z żywiołem na zewnątrz. W końcu ukazała się ziemia, jeszcze kilka dość głębokich skrętów, kilka gwałtownych spadków, uderzenie o pas startowy i jesteśmy w Hanoi.



Może i wszystko było zgodnie z procedurami, ale mam wrażenie, że można to było wykonać nieco delikatniej.

Wita mnie tak długo oczekiwany zapach Azji. Ten sam co kiedyś, mimo, że w Hanoi stosunkowo chłodno, bez słońca i tak jakoś szaro. Ania nie podziela mojego entuzjazmu co do owej niespotykanej woni, więc zachwycam się bogactwem powietrza w samotności.

Lotnisko miało być dla nas krótkim punktem przesiadkowym, na którym powitamy się z bagażem nadanym jeszcze w Warszawie i odprawimy się na lot do Ho Chi Minh City. Stało się jednak inaczej i pobytu tam nie będę wspominał najmilej.

Jeszcze nieświadomi emocji jakie nas czekają, udajemy się do raczej obskurnej lotniskowej restauracji na piętrze.


Nasz pierwszy kontakt z kuchnią wietnamską, zaczynamy od nadrobienia braków w płynach. Kawa, soki, ale na jedzenie jeszcze nie mamy ochoty. Chociaż gdybyśmy chcieli to mielibyśmy pewność, że na pewno będzie zdrowo i smacznie. Na naszych oczach odbywa się inspekcja tamtejszego sanepidu, który pewnie sprawdzał czy wszystko w porządku: czy szczury używane do sajgonek były zdrowe, a psy używane do rosołu były regularnie szczepione na wściekliznę. Pewnie z przejęcia (w końcu „kontrol siła wyższa, no co ja mogę”) personel przemiłej knajpki regularnie nas nie dostrzegał. Musieliśmy się sporo namęczyć, by zwrócić ich uwagę na nasze skromne zmęczone osoby, by cokolwiek zamówić/domówić/zapłacić.

Potem oddaliśmy plecaki komu trzeba (Wietnamczycy regularnie wpychają się do każdej kolejki przed nas) i siadamy przy bramkach czekając na nasz lot. Okazuje się jednak, że Jetstar gdzieś zgubił jeden ze swoich samolotów. Pech, że nasz. Lot opóźniony, nikt nic nie wie, powstaje zamieszanie, a u mnie zrezygnowanie i czarne myśli. Mija doba odkąd wyszedłem ze swojej bielańskiej nory (czy na pewno wyłączyłem żelazko?!?!), zmęczenie daje już mocno o sobie znać. Wietnamczycy stojący w kolejce do odprawy zaczynają siadać, wyciagać jedzenie. Ania, jako domorosły antropologiczny talent stwierdza, że to wygląda jakby miało sporo potrwać.

I niestety ma rację. Mijają kolejne minuty i nic się nie dzieje. Nie mogę za bardzo czekać na siedząco, bo po chwili mimowolnie zamykam oczy i osuwam się na siedzenie. Więc wstaję i uczetniczę z tubylcami w przedziwnym misterium. Tępo zerkamy zza szyby na pas startowy i wywołujemy spojrzeniami samolot Jetstara. Jak tu nie wierzyć w moc azjatyckich zabobonów skoro po dłuższej chwili widzimy jak do lądowania podchodzi srebrna maszyna naszego ulubionego obecnie przewodnika?

Kolejka ożywa na nowo, ale nic nie jest takie jakie być powinno. Bo samolot to już kolejny lot, a my ciągle mamy czekać. Wchodzą na pokład więc inni pasażerowie, a „u nas” zaczyna się rewolucja. Myślę sobie, że każda ma właśnie taki trywialny początek. Niezadowolenie z odwołanego lotu, ktoś krzyknie, ktoś wtóruje, ktoś coś dopowie i zanim się obejrzymy będziemy szturmować budynki rządowe, obalając socjalistyczny porządek. Oczami wyobraźni już siebie widziałem, wzorem Che, na stanowisku ministra finansów nowo mianowego rządu. Niestety, nie tym razem. Okazało się, że nasz spóźnialski samolot już jest i po chwili jesteśmy na jego pokładzie. Wszyscy już spokojni i zadowoleni. Rewolucja zdycha, lud jest udobruchany. Straciliśmy może dwie i pół godziny, ale niepewności było nader dużo.

Na pokładzie znowu uprawiam stosunek do przerywany z Morfeuszem. Lądowanie w HCMC dużo bardziej łagodne. No i najważniejsze. Wychodzimy z samolotu, uderza w nas gęste powietrze i już nie mamy wątpliwości, że jesteśmy w tropikach. Jeszcze tylko znaleźć nasze bagaże. Nie jest łatwo, bo Jetstar traktuje nas po królewsku i plecaki trafiają nie na pas, ale do „biura” linii.

Taksówką do hotelu. Pierwszy napotkany przewoźnik zgadza się na 150 tysięcy dongów, my wiemy, że można taniej, więc postanawiamy poszukać dalej. Znajdujemy innego, który zgadza się na kurs z włączonym taksomterem. Oczywiście ruszamy i trzeba mu przypomnieć o tym, by go naprawdę włączył. Szybko więc zyskujemy sobie pierwszego wroga, ale mało nas to interesuje bo zza okna podziwamy już ten przedziwny uliczny teatr z jakiego znana jest cała Azja. Wszędzie motorowery, skutery, rowery, samochody,ciężarówki. Nie obowiązują pozornie żadne zasady ruchu, poza jedną – jestem duży, mogę dużo, jestem mały, wciskam się tam gdzie dam radę. Ale wszystko jakoś działa i to zaskakuje najmocniej. Pozorny chaos, ale nie ma ani stłuczek, ani wypadków, ani problemów z nadmierną prędkością. Wszystko, może i wolno, ale porusza się do celu.

Nasz hotel, Sao Nam, miły i całkiem porządny.

Budynek wciśnięty jest w azjatyckim stylu między dwa inne, więc wszystko jest wąskie i niewielkich rozmiarów. Czysto i sympatycznie, bez zbędnych wygód. Nam jednak, po ponad dobie w drodze, wystarcza prysznic i wychodzimy na pierwszy mały spacer po mieście.

Mamy jeszcze siłę na kolację w knajpce w uliczce obok. Mieszkamy w „backpacerskiej” okolicy, dużo tu hotelików podobnych do naszego, sporo knajpek i sklepików. Takie sajgońskie Khao San ale na znacznie mniejszą skalę. Przynajmniej jeszcze.

Pierwsze zamówione dania, pierwsze piwo i organizmu nie da się oszukać. Ten długi dzień kończymy kładąc się grzecznie spać. Na poważne zwiedzanie przyjdzie pora jutro.