poniedziałek, 15 marca 2010

15.02 Każda historia ma swój początek

Dni spędzone w podróży może i mają początek, ale dużo trudniej powiedzieć gdzie mają koniec. Jeszcze rano byłem w Warszawie, potem Moskwa, a raczej lotnisko pod Moskwą, a obecnie jestem gdzieś nad chmurami Azji Centralnej. Chyba. Jest obecnie zarówno 9-ta wieczorem, jak i 11-ta w nocy czasu moskiewskiego, a również 3 w nocy w Hanoi, do którego zmierzamy. Najważniejsze, że mój organizm, mimo iż wymęczyłem go okrutnie, zarywając poprzednią noc, nadal trzyma się dzielnie. Więc zamiast spać jak inni dookoła, tłukę w klawiaturę i przez chwilę czuję się jak jakiś Kapuściński piszacy o metafizycznych aspektach podróży. Albo jakoś tak.


Wszystko to zaczyna się od brnięcia przez warszawskie śniegi, napadało wczoraj w nocy nietęgo.

Taksówkarz wiózł nas na Okęcie prawie półtorej godziny i chociaż mieliśmy duży zapas czasu, niepewnie zerkałem co chwila na upływające minuty. Niby początek urlopu a człowiek i tak znajduje sobie coś co musi go wprawić w zdenerwowanie.

Na samym lotnisku nadanie bagażu jest pierwszą okazją do zapoznania się z rosyjską kulturą. Aczkolwiek serwowaną przez polski personel. „Panienka z okienka” (w sumie to baba, a do tego nie z okienka tylko zza kontuaru) była niemiła i surowa niczym nauczycielka niemieckiego z najgorszego RFN-owskiego erotyka. Dobrze, że nam w ogóle pozwoliła lecieć, bo jej mina sugerowała, że nie będzie łatwo nam uciec z jej krągłych objęć w wielki świat.
Koniec końców okazało się, że samolot i tak się spóźni, więc na Okęciu spędziliśmy nieco więcej czasu niż zamierzaliśmy. Można było więc podziwiać takie frykasy jak odprawę samolotu El Al do Izraela – z panem wojskowym służb specjalnych trzymającym karabin w dłoni. Bezpieczeństwo narodu wybranego uber alles. Ciekawi mnie czy naprawdę zacząłby strzelać w razie zagrożenia?

Debiut na pokładzie Aeroflotu całkiem udany. Airbus A320 czysty, w miarę nowy i świeży wszędzie tam gdzie trzeba. Obsługa mniej miła niż zazwyczaj, ale wszystko w normie. A jedzenie – nawet nieco więcej niż tylko w normie. Można napisać, że przypomniały się czasy, gdy linie lotnicze nie żałowały i karmiły na jako takim poziomie. Wsiadając do samolotu nie należy się oczywiście spodziewać uczty Bogów, ale jeżeli jedzenie ma zająć na chwilę, zabić głód a jednocześnie sprawić, by człowiek się nie posrał – to mówię wprost, że Rosjanom to się udało. Na jedno specjalne zdanie zasługuje ichniejsza musztarda. Nie wiem czy już ja jestem taki delikatesik, czy ona naprawdę miała w sobie taką moc, ale płakałem jak bóbr. Zdecydowany bohater dnia z tej ruskiej musztardy.

Szeremietiewo to chyba jedno z najgorszych lotnisk na jakich byłem. Sklepy wolnocłowe, nieliczne, ociekają od wysokich cen i luksusowych towarów, ale poza tym nie ma tam dosłownie ale to dosłownie nic. Stoiska do palenia nie są wydzielone, więc w środku unosi się dawno zapomniany z „cywilizowanego” świata fetor miliona wypalonych papierosów. Nawet samolotów zza szyby nie można sobie za bardzo pooglądać – wszystko sprawia nieco dziwnie wrażenie, jakby na uboczu, zapomniane przez Boga miejsce. Albo po prostu jest to zwykłe zadupie. Jedyna zaleta – darmowy net wiszący w powietrzu.

Te słowa klecę lecąc Boeingiem 767, gdzie dokładnie jesteśmy to nie wiem. Ale wiem, że dzisiaj mocno nad tą Azją wieje. Takich turbulencji jak kilkadziesiąt minut temu, to już dawno nie uświadczyłem. A teraz znowu zaczyna minimalnie huśtać i w takich chwilach człowiek myśli już tylko o jednym: trzeba się odlać, póki jeszcze można. Tylko uważać trzeba. Poprzednia wizyta w toalecie została zakłócona przez wejście sympatycznego grubaska, który zrobił duże oczy na pewien widok. No cóż, Pan Pikuś invades Vietnam.

Za jakiś czas lądowanie w Hanoi – a ja już zapomniałem o pracy, chociaż na Okęciu miałem okazję spotkać jej ucieleśnienie, i to rozumiane dosłownie...