środa, 17 marca 2010

17.03 Witamy w ciepełku

17.02

Jeszcze pierwszego dnia oboje odnosimy wrażenie, że ciepły klimat regionu nam odpowiada. Tak to wygląda wieczorem gdy spacerujemy w parku, gdzie obserwujemy jak miejscowi odpoczywają grając w lotkę, ucząc się tańca albo obściskując się w ciemnych kątach po miejscach o których nie wypada mi pisać. Ja wiem jednak, że ten klimat potrafi wymęczyć i swoje prawdziwe oblicze pokaże dopiero następnego dnia.

Rano jemy śniadanie i wyruszamy do Dystryktu pierwszego, czyli dawnej kolonialnej dzielnicy, pełnej pozostałości po francuskiej przeszłości tych ziem. Z mojej winy jednak, niechcący skręcamy w drugą stronę i zanim ostatecznie orientujemy się w pomyłce, jesteśmy już całkiem daleko od hotelu i naszego pierwotnego celu.

Ale w sumie to nie szkodzi, bo gdzie się nie pójdzie jest tutaj tak samo. Chaotycznie, fascynująco i tak orientalnie, że chce się robić tysiące zdjęć, by pomóc sobie to wszystko zapamiętać.



Uczymy się, a raczej przypominamy, sztukę przechodzenia przez tutejsze ulice. Nikt nie zwalnia, z uwagą wypatrujemy jakiejkolwiek przerwy w sunącym smrodliwym sznurze skuterów i samochodów. W końcu pierwszy krok, drugi, trzeci, uniki, szybciej, wolniej, w bok i uff, jesteśmy na drugiej stronie.

Kilka takich ćwiczeń robi z nas mistrzów, ale są takie chwile gdy patrzymy z niemym zachwytem na tubylców, którzy ze spokojem wchodzą w kotłowaninę. Po chwili w niej znikają, by spokojnie pojawić się po drugiej stronie ulicy. Zawodowcy.


Niespiesznie, bo to w końcu wakacje, docieramy tam gdzie zamierzaliśmy. Upał jest już nieznośny i nikt z nas nie pamięta refleksji o „przyjemnym ciepełku” wygłaszanych ledwie wczoraj. Żar leje się z nieba, przygniata do ziemi, sprawia, że każdy ruch męczy. Chwila ulgi to cień i całe szczęście, że oprócz zatłoczonych przestrzeni miejskich, jest tu także nieco zieleni.

Kolonialne budynki stanowią jakąś odmianę od pozostałej zabudowy miasta. Jest tu nieco więcej porządku, bogactwa i blichtru, których gdzie indziej trudno uświadczyć.

Po ulicach kręci się wielu białych. W większości osoby raczej starsze, ale widać im nie straszna taka aura, bo dziarsko maszerują od zabytku do zabytku. Języka polskiego nie mamy okazji usłyszeć, ale na pewno „ nie jesteśmy tu sami”.

Katedra Notre Dame robi raczej zabawne wrażenie – nie jest wielka ani imponująca, a nazwa nadana zdecydowanie na wyrost. Stojący obok budynek Poczty Głównej to coś innego.

Przypominają się czasy francuskiej dominacji, której tubylcy raczej się nie wstydzą. W jej środku nabywam zestaw kilkunastu monet z okresu, gdy Wietnam był częścią Indochin i przypominam sobie o tym, że jeszcze niedawno miałem taką pasję jak kolekcjonowanie monet.

Dla odmiany odwiedzamy także Jade Emperor Pagodę.

Palące się wonne kadzidełka, ciemne wnętrza, posążki buddy, chińskie znaki. Wszystko tuż obok ruchliwych ulic, ale ledwie kilka metrów od tego szaleństwa, czeka na nas cisza i zadziwiający spokój. Zwiedzamy wnętrze, mimo iż jesteśmy oboje ubrani nieprzepisowo. Przed nami jednak tak samo robią emerytowani Niemcy, więc skoro wolno ex-nazistom, to nam tym bardziej.

Wielogodzinną tułaczkę przedzielamy wizytami w barach, restauracjach czy kawiarniach. Inaczej się nie da, wypada odpocząć. Jeżdząc samotnie mam dla siebie dużo mniej litości, ale mina zmęczonej Ani przypomina mi o tym, że być może pora wydać kolejne kilka złotych na coś do picia.

Tym bardziej, że wszędzie tanio, a Ania miewa gust i czasem za mnie płaci!

Wieczór kończymy oboje z palącymi podniebieniami. Ja z nudów zjadam kawałek papryczki chili. Przez chwilę nic mi nie jest, potem zaczyna się takie pieczenie, że biegnę niemal do lodówki i wypijam puszkę Coli dla ukojenia bólu. Nie pomaga, a do tego cały proces powtarza Ania. W jej zupie pływa coś co sprawia, że i ona sięga po picie w trybie nagłym i zachłannym. Nigdy więcej jedzenia papryczek chili, obiecujemy.