Póki co – najspokojniejszy i najbardziej leniwy dzień ze wszystkich.
Rano jedziemy na obiecaną plażę. Jedno z nas skacze z radości na widok piasku i palm, drugie zaś wmawia sobie, że kilka godzin bezczynności może zrobić tylko dobrze.

Plaża ładna ale nie byłbym sobą gdybym nie zaczął porównywać jej do tych, które miałem okazję zobaczyć we wrześniu. I nie będzie to niespodzianką, że Wietnam zdecydowanie przegrywa z Karaibami. Jednak ja i tak się w sumie cieszę, bo widzę morze i to jakie. Morze Południowo-Chińskie. Sama nazwa to już egzotyka.
Jemy smaczne śniadanie i nasuwa się smutna refleksja. Im dalej od HCMC tym porcje mniejsze i mniejsze. Dania też jakby mniej smaczne. Odnosimy wrażenie, że najlepiej jedliśmy w Sajgonie, gdzie było dużo i treściwie. Kolejne zamówienia w ciągu dnia tylko potwierdzają te podejrzenia. Jak tak dalej pójdzie to w Hanoi nasze porcje będą na jeden kęs!
Wczesnym popołudniem żegnamy się. Ania zostaje dalej się opalać, a ja podejmuję męską decyzję, że wracam do Hoi An na piechotę. Nie jest daleko, jakieś 5 km, ale słońce praży niemiłosiernie i trasa do tych najłatwiejszych nie należy. Widoki jednak pozwalają zapomnieć o aurze.

Małe jeziora, dryfujące łódki, zieleń, palmy, codzienne życie mieszkańców. Blisko turystyki, ale ciągle można znaleźć takie zaułki autentyczności, co jedynie umacnia słuszność tezy, że Wietnam jeszcze czeka na odkrycie przez masy z zachodu (i wschodu, bo zapewne połowa mówiących po angielsku turystów to australijczycy).

W ciągu dnia jeszcze samotnie spaceruje po uliczkach miasta, wieczorem zaś udajemy się wspólnie na kolejne posiłki (jemy dużo i regularnie, ale mimo to chudniemy – wszystko wypocimy tak czy owak, więc nie trzeba sobie żałować).

Ania odbiera swoje zamówione sukienki, kupujemy kilka pamiątek, ale targowanie się średnio nam wychodzi. Jutro przejazd do Danang i niecałe dwa dni spędzone blisko China Beach. Nie do końca wiem co będę robić, bo plaża wynudziła mnie już dzisiaj setnie i na myśl o kolenych wizytach robi mi się słabo. Być może udam się do Marmurowych Gór. A być może powłóczę się po mieście, które podobno w ogóle nie interesuje się turystyką.
Powoli dociera do mnie świadomość, że ten urlop się kończy. Dzisiaj poniedziałek, za tydzień o tej porze będę już siedział za biurkiem i z Wietnamu pozostaną mi jedynie wspomnienia. Może to dlatego sypiam tu niewiele i staram się wykorzystać każdą chwilę na poznanie i zapamiętanie tych magicznych miejsc.
