To już prawdziwy urlop. Mam problem z doliczeniem się jaki mamy dzień, nie zastanawiam się ile wydaje (wiem jedynie, że mało, bo wydać dużo jest tu po prostu trudno), zapomniałem zupełnie o pracy. O to chodziło.
Rano czy raczej przedpołudniem udajemy się do Cholon. To dzielnica pełna urokliwych pagód, ulic zamienionych na niekończące się place targowe. Mniej tu wietnamskiego, a więcej chińskich znaczków. Chinatown.

Zanim zostaliśmy pokonani przez skwar, udaje się zobaczyć wszystko co interesujące. Pagody są o tej porze dnia puste i można w spokoju podziwiać ich architekturę. Zwracają uwagę zdobienia i dbałość o drobne elementy.

Bramy wejściowe mówią swoim wyglądem wyraźnie, że przekraczając je wchodzi się do innego świata. Jest tak cicho, chociaż przecież tuż obok trwa dzikie azjatyckie życie.

Jeśli mam być szczery, Cholon jakoś mnie nie ujęło. Jest brudno, budynki odrapane, każde niemal miejsce ulicy i domów przeznaczone jest na handel. Ktoś gra w karty, ktoś pracuje, uliczny fryzjer czeka na klientów. Przy sklepach z przyprawami kręci nosem od bogactwa zapachów. Ulice wydają się bardziej dzikie od standardów reszty miasta. Jest nawet katolicki kościół zatopiony w tym wszystkim, wyglądający surrealistycznie ze swoimi czystymi żółtymi ścianami na tle błękitnego nieba.

Tyle tylko, że brakuje w tym wszystkim tego klimatu jaki ma w sobie Chinatown znane mi z Bangkoku. Ludzi jakby mniej, a i zgubić sie było trudno. O czym niech świadczy fakt, że nam się to nie udało. Brakuje tych zapchanych ulic, uliczek, zaułków i chwil kiedy chce się iść w lewo, ale ze względu na tłum, jedyna możliwość to iść tam gdzie on pozwoli.

Jako, że jedno z nas zostało zmorzone upałem, bierzemy taksówkę i wracamy „do siebie”.
Potem udajemy się znowu w okolice Sajgonu właściwego, po to by poznać go lepiej niż wczoraj. Zwiedzamy kolejną pagodę i spędzamy nieco czasu w Muzeum Wojny Wietnamskiej. Na placu przed budynkiem stoją działa, czołg, helikopter i samoloty, które zostały zdobyte na Amerykanach.

Na poznawanie wystaw coś nie mieliśmy siły, ochoty, a może po prostu mamy wystarczająco dużo podobnej martyrologii w domu. Wiem, że eksponaty potrafią zrobić wrażenie, ale nie daje im szansy wywrzeć go także na mnie.
Idziemy do kawiarnii w centrum i nasze zdziwienie nie zna granic – kawa kosztuje tu tyle samo co u nas. Nic dziwnego, że lokal świecił pustkami, poza grupkami anglosaskich ekspiatów, którym wszystko jedno ile płacą. Spacerujemy po urokliwych uliczkach, udaje nam się zobaczyć więcej niż wczoraj. Dom Partii, Opera, pomniki, skwery pełne zieleni. Dzielnica to zdecydowanie wizytówka całego miasta.

Wieczorem jemy zaległy obiad na targowisku.

Smacznie i w spartańskich warunkach, ale póki co, nie czuć negatywnych skutków ubocznych. Potem jeszcze kolacja w knajpce obok nas i refleksja, że zamawiam ciągle dania gorsze od Ani. Pewnie po prostu boje się, że dostanę coś czego nie będę wiedział jak zjeść. W menu tu i tam przewijają się dania z żab. Może w końcu się skuszę, w Polsce raczej tego nie zjem.
Jeszcze tylko pakowanie, nastawienie zegarka na poranną pobudkę (o 3.30!!!) i żegnamy Ho Chi Minh City. Wrażenia? Na podsumowania jeszcze przyjdzie pora. Widać po mieście, że to ważny ośrodek dla całego kraju, jest ogromne, zatłoczone ale pozbawione raczej wielkomiejskiej aury Bangkoku. Nie jest to może wada, widać po prostu, że Wietnam jest na wczesnym etapie gospodarki wolnorynkowej (a może raczej quasi-wolnorynkowej). Za jakiś czas wszystko się zuniformizuje, na miejscu obecnej zabudowy wyrosną szklane potworki i HCMC straci coś ze swojego obecnego uroku.
Turystów dużo ale bez przesady, były takie chwile, gdy przez długi czas nie widzieliśmy nikogo o kolorze skóry podobnym do naszej bladości.
Przed nami Hue, inne miasta centralnej części kraju. Jeszcze zatęsknimy za udogodnieniami wielkich aglomeracji.
