sobota, 27 marca 2010

27.03 Hanojskie ostatki i wspieranie lokalnej gospodarki dongami

27.03

Ostatni dzień jak zawsze jest celebrowany. Ostatnia pobudka, ostatnie chwile spędzane w Hanoi. Smutek. Staram się zapamiętać to wszystko dookoła mnie.

Jako że zostało nam nieco do zobaczenia z punktów obowiązkowych, po śniadaniu w Golden Drum (pierwsza knajpka do jakiej tu przyszliśmy – ledwie kilka dni temu a człowiek ma wrażenie, że było to jeno tak dawno) idziemy „w miasto”.

W pierwszej kolejności kierujemy kroki do Świątyni Literatury. Kompleks mieści się w niezbyt urokliwej części miasta.

Otoczony murami od hałasu, gwarantowałby spokój gdyby nie przemożny tłok wewnątrz. Niedość, że turyści to jeszcze tubylcy. Do tego rozliczne wycieczki szkolne, pełne małych żółtych ludzików wciskających się w każdą szczelinę.

Zwiedzamy wszystko grzecznie, tak jak przystoi to robić obcując z zabytkiem mającym tysiąc lat. Ładnie tu ale wszystko do siebie podobne, więc nie robi już takiego wrażenia jak na początku. Ja zdobywam się na kolejną refleksję i porównanie. W Tajlandii świątynie również były nużące, bo podobne do siebie. Ale zdecydowanie bardziej bogate, w Wietnamie nie ma takich zdobień, takich barw, nie ma złota, którymi „ociekają” dachy w Bangkoku. Jest prościej i surowiej. Nie wspominam oczywiście o stylach architektonicznych, w Wietnamie wszystko wygląda inaczej niż w Tajlandii. Ale to zrozumiałe ze względu na przeszłość i tysiącletnią chińską dominację.

Następnie pora na mauzoleum Ho Chi Minha. Nie wspominałem chyba, ale stary wujek Ho jest w swoim kraju kochany i powszechnie poważany. Mauzoleum i okolice to dosłownie święta miejsca dla każdego Wietnamczyka. Portrety Wuja znajdują się wszędzie jak kraj długi i szeroki. Normalnym widokiem jest sklep z dewocjonaliami, gdzie obok wariacji na temat Buddy znajdują się jego portrety i nieliczne (a szkoda, bo marzył mi się zerkający z półki na książki w mojej norze!) rzeźby. Jako że przypadają obecnie akurat rozliczne rocznice, na ulicach można znaleźć sporo plakatów, wstęg i innych ozbób. Z prawie każdej spogląda na nas spokojne oblicze ojca niepodległego Wietnamu. Co by o nim nie sądzić, Ho jest tu uwielbiany niczym Ataturk w Turcji albo Obama wśród lewackiej młodzieży całego świata, która czeka na wetknięcie goździków w lufy żołnierzy w Afganistanie.

Okolice mauzoleum są czyste, puste i sprawiają wrażenie wręcz wypolerowanych. Nie ma śmieci, nie ma skuterków. Słońce nagle wychodzi zza chmur gdy widzimy przed sobą ową szarą bryłę socrealistycznej architektury. Robimy pamiątkowe zdjęcia i ruszamy na zakupy.
Co prawda, cały kompleks, łącznie z parkiem i muzeami to pociągająca (mnie) perspektywa, ale pora na kilka, jakże użytecznych pamiątek.

Sklepów mnóstwo, w każdym podobny asortyment. Dajemy się porwać szaleństwu. Ceny negocjujemy sporadycznie, od czasu do czasu oszczędzamy 10.000 VND. Rzadko tak cieszy dodatkowa złotówka z groszem, która zostaje w kieszeni.

Handel zorganizowany jest w typowym układzie „zagłębi” tematycznych. Mijamy specjalistów od rzeczy z metalu, następnie świat farb, potem dewocjonalia, potem sklepy z kawą (ze wszystkich uśmiechają się do nas nalepki z łasicami, muszą je chyba faszerować kawą, by wysrały potem taką ilość ziarenek!), zabawki, ubrania. W końcu jesteśmy na „jedwabnej” ulicy. Ania tęsknie zerka na sukienki, ja jestem głosem rozsądku, który jej spokojnie tłumaczy, że podobne szmatki można mieć w Polsce. I to za te same kwoty.

Kupujemy kilka bzdetów, w tym posążki buddy i prezenty dla rodziny oraz znajomych. Nie lubię tego. Na całym świecie to samo. Tandeta. Jedyna zaleta tego co tutaj nabywamy jest taka, że prawdopodobnie zostało to chociaż zrobione w Wietnamie. Staje się właścicielem majtek Lacosty i już zastanawiam się jak mam się pochylać, by stosowny napis odpowiednio wystawał zza spodni.

Trafiamy na obrzeża Francuskiej Dzielnicy. Lepsze hotele, przed jednym z nich stoja dumnie Citroeny z lat 50-tych. Zostały na pamiątkę.

Budynki są tu solidne, europejskie. W Hanoi panuje obecnie wspaniała pogoda. Jest ponad dwadzieścia stopni, nie jest wilgotno (chociaż swoje i tak wypacam). Takie „angielskie lato”, łagodne i bez deszczu. Francuzi chyba musieli kochać te okolice, a ja ciagle zastanawiam się co czują teraz gdy wracają do swojej dawnej kolonii jako zwykli turyści.

Na kolację planowaliśmy ponowną wizytę w „69”. Ale przed wejściem ustawiła się już kolejka czekających na wolny stolik, więc zarządziłem plan awaryjny w postaci braku planu. Przypadkowo trafiamy pod wrota innego przybytku opisanego w przewodniku. I jak to czasami bywa, okazał się to strzał w dziesiątkę. „Little Hanoi” nie wyglądało może pięknie, ale jedzenie było pierwszorzędne. Porcje wielkie, w końcu poczuliśmy się jak w HCMC. Mój kurczak w pięciu smakach był wyborny, Ani ryba w sosie słodko-kwaśnym rozpływała się w ustach. Jednym słowem, pełne zadowolenie a ceny niskie.

Siedzimy w pokoju i dopychamy plecaki. Koniec wakacji.

Wracając myślami do pierwszych dni, wydaje się, że było to tak dawno, dawno temu. Sporo się wydarzyło, zobaczyliśmy wiele. Oboje nieco schudliśmy na azjatyckiej diecie. Z pewnością wypoczęliśmy i to mimo, iż spania nie było nigdy za wiele. Będę tęsknił za tym wszystkim. Za zapachami ulicy, pełnymi spalin i smrodu życia z jednej strony, ale z drugiej pełnym kuszących woni wprost z kuchni, woni przypraw i ziół. Za tym, że co chwila tuż obok mnie przemyka skuter, samochód albo ciężarówka, a ja spokojnie wiem, że nic mi się nie stanie. Za tłokiem, za skorodowanymi chodnikami. Nawet za leniwymi kierowcami motorów, którzy półleżąc pytają się czy mamy ochotę na przejażdżkę. Pora wracać do świata gdzie wszystko jest uporządkowane i pozbawione tego szaleństwa.