Kierunek – Seattle, Pacific Northwest, Zachodnie Wybrzeże, Głęboka Północ.

Dlaczego tam? Odpowiedzi, przynajmniej logicznej, jak zwykle, nie ma. Chciałem odwiedzić Stany Zjednoczone, ale i zobaczyć coś nowego. Jako że miała to być w końcu TA ostatnia wyprawa, kwestie finansowe zeszły na drugi plan – w końcu, następna taka okazja może już się nie pojawić. Seattle chodziło za mną od dłuższego czasu, pokornie znosiło gdy wybierałem inne miejsca, ale w końcu i na końcu, i na nie przyszedł czas. Nie jest to szczególnie popularny kierunek podróżniczy, ale to nie szkodzi, bo takie właśnie lubię szczególnie. By zrozumieć Seattle i jego miejsce w hierarchii amerykańskich miast, można przytoczyć następującą historię. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych powstał nowy gatunek filmów sensacyjnych – brudne, policyjne dramaty przesycone paskudnym realizmem wybrzmiewającym na prawdziwych ulicach prawdziwych miast. W ten sposób „Francuski Łącznik” ukazał posępny majestat Nowego Jorku, „Shaft” złożył swoisty hołd Harlemowi, a San Francisco rozsławiły „Bullit” i „Brudny Harry”. Za porządek na ulicach Seattle wziął się zaś sam wielki Big Joe, czyli John Wayne, który z siedemdziesiątką na karku i z jedną nogą w grobie, uganiał się po jego zaułkach w filmie „Detektyw McQ”. Pierwsze cztery obrazy przeszły do historii kina, ten ostatni zaś przykrył kurz zapomnienia i znają go chyba tylko tacy dziwacy jak ja. Z samym miastem jest podobnie – żeby wybrać je zamiast Kalifornii czy Wschodniego Wybrzeża, trzeba mieć nieco tupetu, gdyż Seattle, co prawda, ojczyzna Starbucksa i Microsoftu, matecznik grunge'u i miasto, które dało światu Jimiego Hendrixa, to jednak amerykańska prowincja, do tego położona tak daleko, że można stamtąd co najwyżej wyruszyć dalej tylko do Kanady (co zresztą, zamierzałem uczynić).
***
Z racji mojej aparycji (broda, rude włosy, wredna gęba zdradzająca zaciętość typową dla ambitniejszych jednostek o robotniczo-chłopskim rodowodzie) miewam często problemy, gdy przekraczam granice. Moje bagaże prześwietlane są zazwyczaj skrupulatniej niż inne, jestem macany długo i namiętnie po różnych częściach ciała przez korpulentnych strażników szukających tam Bóg-wie-czego. Jestem już przyzwyczajony do tego, że gdy wszyscy w kolejce nie muszą zdejmować butów, by przejść przez kontrolę, jedyną osobą, którą o to poproszą będę ja. Kiedy kilka lat temu ostatni raz byłem w USA, również miałem pewne przygody – na zawsze zapamiętam pytania pogranicznika, który widząc skąd pochodzę, dwa razy, powoli zapytał się mnie czy aby na pewno nie przewożę polskiej kiełbasy. Nie miałem niestety... Na innym lotnisku zostałem uznany za „secondary person” i jako taki potraktowany szczególnie – miałem dla siebie oddzielną kolejkę i wszyscy dookoła patrzyli się na mnie jak na złapanego terrorystę. Nic dziwnego, że ruszając w nową podróż zastanawiałem się co to też spotka mnie nowego na granicy i co też Amerykanie wymyślą, by godnie powitać mnie – skromnego obywatela państwa służalczego wobec USA, prywatnie pracującego na rzecz dwóch amerykańskich koncernów. A spotkało wiele i to już podczas przesiadki, w Amsterdamie.
Pierwsza kontrola odbyła się jeszcze przed wejściem do samolotu lecącego do Seattle. Spędziłem urocze pół godziny w towarzystwie nadgorliwego i niezbyt inteligentnego pogranicznika. Obok mnie jego kolega w pięć minut sprawdził całą grupkę muzułmanów, w tym ukryte za burkami kobiety. A ja, obywatel nie drugiego, a wręcz trzeciego świata, odpowiadałem na kolejne pytania. W tym tak szczegółowe i bezczelne jak to w jaki sposób kupiłem mieszkanie, dlaczego mam różne adresy zamieszkania w paszporcie i dowodzie (którego nie musiałem pokazywać, ale zostałem zmuszony), ile mam na koncie oszczędności, ile zapłaciłem za bilet, skąd miałem na to pieniądze, dlaczego moja żona ma inne nazwisko niż ja (chociaż ma to samo, nieważne) i tak dalej i tak dalej. Miły Pan zerkał na pamiątki po poprzednich wojażach w paszporcie i co chwila pytał o kolejne wbite wizy. Ale największe zdziwienie wywołała u niego pieczątka z... Chorwacji, co tylko pokazuje z kim miałem do czynienia. Biedak zapewne nawet nie wiedział, że taki kraj istnieje. Niemal każde moje słowo poddawał w wątpliwość, czyli pozbywając się języka dyplomacji – zakładał, że kłamię i robił co w jego mocy, by mnie na tym przyłapać. Ale że był absolutnym, amerykańskim kretynem, niezbyt mu to się udawało, więc po pewnym czasie i trzech kontrolach, jego przełożony mnie przepuścił. Podczas całego zajścia byłem po prostu zdenerwowany i nawet pogodziłem się z tym, że do żadnego Seattle już nie polecę, ale po wszystkim ogarnęła mnie taka wściekłość, że na poważnie rozważałem powrót, spisanie personaliów tego chama i skargę do ambasady. I wcale nie szkodzi, że, jak to powiedział jeden z współpasażerów - „to dobre chłopaki, po prostu troszczą się o to, by jak najlepiej chronić nasze granice”.

Po długim locie, którego trasa wiodła ponad północnymi rubieżami Kanady, wylądowaliśmy szczęśliwie na miejscu. Bite dziesięć godzin minęło bezboleśnie. Obawiałem się kolejnej kontroli, ale tym razem poszło szybciej (co nie znaczy, że szybko!) i po pewnym czasie stanąłem na amerykańskiej ziemi po raz pierwszy od ładnych, kilku lat. Lotnisko w Seattle przypomniało mi własne refleksje o tym narodzie i państwie – mimo iż nieco prowincjonalne, było nadal duże, a jednocześnie wytarte, zniszczone nie czasem czy zaniedbaniem, a częstotliwością używania.
Po godzinnej przejażdżce... tramwajem, zameldowałem się w centrum Seattle. Już z daleka było widać jak się do niego zbliżamy. Między niską, bezpłciową zabudową wyrastały wieżowce, w tym historyczny już zabytek sprzed wieku, Smith Tower. Łącznie jest tu nieco ponad dwadzieścia drapaczy chmur, ale tylko jeden jeden naprawdę duży – Columbia Center. Seattle plasuje się na początku amerykańskiej drugiej dziesiątki pod względem „wysokości” urbanistycznego krajobrazu. Mimo iż jego panoramie daleko było do magii Manhattanu, od pierwszego wejrzenia polubiłem to miasto. Z okna pociągu jeszcze nie wiedziałem do końca dlaczego, ale odpowiedź bardzo szybko okazała się oczywista i zaskakująca. Seattle bowiem w dużej większości nadal wygląda jak plener filmowy z lat 70-tych. To nie tylko nowoczesne miasto ze sporą dawką atrakcji historycznych, ale także nieźle zakonserwowana amerykańska prowincja, która miłośnikom klasycznego kina od razu przypomina wszystkie ukochane filmy sprzed kilku dekad. A przede wszystkim Seattle ma swój własny, niepowtarzalny styl. To miasto żyjące w symbiozie z naturą, nawet jeżeli tej nie widać na pierwszy rzut oka. Nigdzie indziej w USA nie ma tylu rowerzystów i tak mało kierowców. Kiedy spacerowałem po nim tego dnia, czułem zapach Oceanu rozlewający się po jego alejach, a na twarzach przechodniów widziałem tą samą zaciętość i odwagę, która wieki temu popchnęła ich przodków w tak odległe i dzikie wtenczas miejsce. To w końcu tutaj zaczynała się słynna trasa prowadząca poszukiwaczy złota nad rzekę Jukon, do Klondike.








Ulice opadają tu ku wybrzeżu, co przypomina zapewne skromniejszą wersję San Francisco (nie wiem, nie byłem). Szybko trafiłem do Pike Place Market, czyli lokalnej Instytucji przez duże „i”. Z jednej strony jest to zwykłe targowisko, gdzie kupić można świeże ryby, owoce morza, ale także sery czy jajka. Wszystko prosto od producentów. Bez pośredników, wielkich korporacji i ich marży. Bez chemii, konserwantów. Ludzie przychodzą tu nie tylko na zakupy, ale po prostu popatrzeć. A jest na co.







Z drugiej strony, Pike Place Market to także restauracje, bary, jadłodajnie. Sam skusiłem się na porcję Clam Chowder, po której zmęczenie kilkunastogodzinną podróżą zniknęło zupełnie (na kilka godzin wszakże). Posilony, ruszyłem w kierunku podziemi, gdzie na kilku poziomach rozlokowały się sklepy z różnościami i dziwadłami. Oprócz antykwariatów (których byłem zresztą regularnym gościem i klientem), znajdowały się tam także małe artystyczne studia, salony wróżbiarskie, pracownie rękodzielnictwa, sklepy z muzyką i pamiątkami. Atmosfera Pike Market była wspaniała i wracałem do tego miejsca regularnie, tylko po to, by delektować się nią na nowo, z tym samym, pionierskim entuzjazmem pierwszego dnia.


Dawno mnie nie było w USA, więc pewne rzeczy dziwiły mnie niepomiernie. Po kilku dniach zauważyłem, że już ich nie dostrzegam, ale zaraz po przylocie sumienne wszystko zanotowałem, mając świadomość, że są to obserwacje nader ulotne. Ot, chociażby wariaci. Spotykałem ich na każdym kroku. Bezdomnych, krzyczących na innych, mamroczących do siebie, leżących na mokrej trawie, ale też takich, którzy wyglądali zupełnie normalnie, tyle że zachowywali się w sposób nieszablonowy. Nikogo, poza mną, nie dziwili. Wyjątkiem była kobieta przebrana za czarownicę, krocząca po ulicy jakby zamiast miała wzlecieć w niebosa na swojej miotle. Obejrzał się chyba każdy. Najsympatyczniejszy był za to brodaty mężczyzna, który czytał przechodniom (za darmo!) Biblię używając do tego mikrofonu i głośnika...



Amerykańskie próby podkreślania „zabytkowości” miast bywają zabawne z naszej europejskiej perspektywy. W Seattle najbardziej historycznym miejscem jest Pioneer Square, swoją drogą, po prostu uroczy plac w kształcie trójkąta ze sporą dawką zieleni. Znajduje się tam popiersie indiańskiego wodza Sealtha, od którego imienia miasto wzięło swoją nazwę. Obok sterczy wielki totem, z którym związaną jest zabawna anegdota, której jednak nie zamierzam przytaczać, zaś kawałek dalej, znajduje się stalowa, zdobna pergola, niegdyś służąca jako przystanek autobusowy. Całość wieńczy zabudowa dookoła, w większości wiekowa (dosłownie – mająca jeden wiek za sobą) i zdobna. Tylko tyle i...aż tyle, biorąc pod uwagę, że to miasto powstało w połowie XIX wieku, ale dopiero pod jego koniec zaczęto tu budować domy z cegły, a nie drewna.




Pioneer Square niemal cudem uniknął zrównania z ziemią. O ile w ciągu dnia było tam przyjemnie, nie sposób było nie dostrzec, że liczba bezdomnych i wariatów była tam niepokojąco wysoka. Uważałem więc na siebie i postanowiłem nie zapuszczać się głębiej w zaułki tej części miasta. Kilka dni potem okazało się, że moje przeczucie mnie nie myliło. Wieczorową porą tego właśnie dnia, jakiś wariat zadźgał tam dwie osoby, które nieopatrznie kręciły się tam po zmroku. Rozpętało to lokalną dyskusję, której temat wcale mnie nie dziwi – czy należy ot tak, pozwalać „dziwnym ludziom” na wałęsanie się po mieście bez żadnej kontroli? Jak mawiał klasyk - największym wrogiem wolności jest ten, który robi z niej zły użytek.
Ostatkiem sił zdążyłem jeszcze dowlec się na nogach na drugi kraniec centrum Seattle, by zobaczyć jego największą ikonę – Seattle Needle. Wieża faktycznie robiła wrażenie, ale na zwiedzanie jej okolic nie miałem siły.

Było już ciemno, a ja czułem, że tracę odruch chwytny w dłoniach, co jest nieomylnym znakiem, że po ponad dobie na nogach, pora udać się do hotelu. Ten zlokalizowany był na szczęście niedaleko, w miłej dzielnicy o nazwie Belltown. Mój pokój miał ściany pomalowane w grafitti przez lokalnych artystów, a brak łazienki rekompensowała co nieco umywalka, na widok której, zawsze przypominała mi się słynna kwestia wygłoszona ponoć przez Jana Himilsbacha, który z kolegami zadekował się w podobnie wyposażonym hotelowym pokoju - „ustalmy, szczamy do umywalki, czy nie?”. Odpowiedź, pozwolicie, zachowam dla siebie.
