poniedziałek, 5 sierpnia 2013

05.08, Lucky Lucca

Poranek w Lucce. Który to już? Szósty, a jednocześnie ostatni, ponieważ nasz miodowy tydzień zbliżał się powoli do końca. Uliczki i place, które jeszcze wczoraj wieczorem były zupełnie puste, zapełniły się od nowa tłumem turystów. Cieszę się, że my mieliśmy okazję się tutaj zasiedzieć, zwiedzać powoli i niespiesznie zaułki tego urokliwego miasta, o którego istnieniu jeszcze niedawno nie miałem przecież pojęcia...





Każdy nasz dzień wyglądał podobnie. Z oczywistych powodów, odpoczywaliśmy więcej niż zazwyczaj na urlopach. Niech świadczy o tym to, że w Lucce przeczytałem aż dwie książki z biblioteki jaką ze sobą przywieźliśmy. Nie zdarza się to zbyt często, bo najczęściej daję sobie tak mocno w kość, że w ciągu dnia nie mam czasu na lekturę, a nocą śpię, próbując zregenerować siły. I nie pomaga zazwyczaj nawet to, że książka jest wybitna i świetnie się ją czyta. Tutaj tymczasem sporo czasu spędziliśmy w naszym pokoju, słuchając ciszy i delektując się nią ze świadomością, że już niebawem zniknie ona z naszego życia na co najmniej kilka lat. Spacerowaliśmy dużo, ale robiliśmy to powoli i niezachłannie. Często wychodziłem zresztą sam, bo Ania wolała przeczekać upały i aktywizowała się rano, a szczególnie wieczorami (które z kolei były letnie, czyli widne do późna, ciepłe, a jednocześnie przyjemnie przewiewne). Punktem obowiązkowym były rozliczne wizyty w knajpach i restauracjach, czy raczej – w pizzeriach, ristorante czy trattoriach. Jadaliśmy dużo, smacznie i europejsko, czyli niestety, drogo. Ale chyba najbardziej lubiliśmy przychodzić w ciągu dnia „na coś do picia” i po prostu obserwować życie dookoła nas.

Tego dnia planowałem pojechać pociągiem do miejscowości o uroczej nazwie Castelnuovo di Garfagnana. Ale ostatecznie zostałem na miejscu. Rankiem wyszedłem na spacer, zacząłem krążyć po niby mi już doskonale znanych miejscach i... zatraciłem się w Lucce do tego stopnia, że przeszła mi ochota na jakiekolwiek podróże. Tak naprawdę, odezwało się lenistwo, któremu po prostu dałem się ostatecznie znokautować, aczkolwiek urbanistyczna uroda dookoła co nieco mnie tłumaczy. Trafiłem też do kilku miejsc, gdzie wcześniej mnie nie było. Chociaż może się to wydawać niemożliwością, mając na uwadze, że mijał tydzień odkąd przemierzamy to niewielkie przecież miasteczko.





Postanowiłem też wejść na najsłynniejszą wieżę miasta, czyli Torre Guinigi. Odkładałem to od samego początku pobytu. Zabytek ten pochodzi z XV wieku, a wieża na tyle mocno wrosła w pejzaż, że czasem trudno ją zauważyć, mimo iż dumnie góruje ona nad zabudową dookoła. Na jej szczycie znajduje się „wiszący ogród” - duże, zielone drzewa na tej wysokości sprawiają, że każdy kto widzi to po raz pierwszy, dla pewności zapewne zerka w górę jeszcze raz. A przynajmniej, ja tak zrobiłem. Co prawda, mam lęk wysokości, ale regularnie staram się robić mu na złość, szczególnie jeżeli taka przyjemność kosztuje niewiele. Zapłaciłem kilka euro i zacząłem wspinać się na górę. Na początku było w porządku, podobnie jak w niedalekiej Bolonii, klatka schodowa była wąska i zabudowana, co sprawiało, że odważnie przyspieszyłem kroku. Potem jednak zaczęła się otwarta przestrzeń: wnętrze wieży z przylepionym do jej murów wężem schodów płynących do samej góry. Po kilku stopniach zerknąłem w dół i... grzecznie wróciłem na swoje miejsce na tym łez padole. Niestety, to rozrywka nie dla mnie, o czym przypominały mi rozdygotane kolana. Miałem małe „deja vu”, gdyż dokładnie w ten sam sposób w styczniu zakończyłem zgłębianie Torre de Asinelli.



Z żalem opuszczaliśmy Lukkę. Na pewno chcielibyśmy do niej kiedyś wrócić. Na pewno będzie obecna w naszych wspomnieniach, bo chyba jeszcze nigdy nie spędziliśmy w jednym miejscu aż tyle czasu. Na pewno też spełniliśmy jedno ze swoich marzeń o spokojnym tygodniu gdzieś na włoskiej prowincji. Tylko nasz sąsiad kot, z którym pożegnaliśmy się również wieczorem, nadal miał nas w głębokim poważaniu... Leżał półśpiąc na kamiennej posadzce i nie reagował na nasze umizgi niczym poza wzrastającą pogardą widoczną na jego wrednej mordce.

Ale z drugiej strony, odczuwałem już przesyt Italią. Zdałem sobie sprawę z tego, gdy byłem w Pistoia czy Pizie – każdy zaułek wyglądał niemal tak samo. Poza zabytkami, miasta mają ten sam układ, te same mury, te same wąskie uliczki. Wszystko jest oczywiście piękne, stare i zaniedbane, co jedynie dodaje więcej urody, ale po pewnym czasie i to może się znudzić. Patrząc się na zdjęcia, czasem trudno odróżnić jedno miasto od drugiego. Dlatego myślę, że Włochy należy dawkować w niewielkich ilościach serwowanych raz na jakiś czas. I szczerze napisawszy, już nie mogę się doczekać owego następnego razu.

***

Gdy następnego dnia jechaliśmy pociągiem na lotnisko, na dworcu w Pizie byliśmy świadkami dziwnego, wręcz profetycznego, obrazu. Na sąsiedni peron przyjechał pociąg do Rzymu, zaś z podziemnego przejścia wychodzili pasażerowie : setki pasażerów i do tego wszyscy czarnoskórzy, zawsze obładowani tobołkami, czasem poważni, czasem roześmiani, czasem krzyczący, czasem milczący. Czasem gdzieś mignęła nam biała twarz – zahukana, udająca obojętność, ale tak naprawdę chyba bardziej zagubiona we własnym przecież kraju. Na chwilę przenieśliśmy się gdzieś do Czarnej Afryki, nasz pociąg ruszył, zostawiając to wszystko za sobą, ale my zdaliśmy sobie kolejny raz sprawę jak wrażliwym i skazanym na porażkę organizmem jest nasz piękny, słaby Stary Kontynent.