sobota, 3 sierpnia 2013

03.08, Cud Świata

Nie ma chyba innego miasta na świecie, które byłoby zdominowane tak mocno przez jeden tylko zabytek. Nie ma też innego, którego sława byłaby pochodną … architektonicznej katastrofy. Mówisz Piza, myślisz Krzywa Wieża. Obok Statui Wolności, Cerkwi Wasyla, Wieży Eiffla czy też Sfinksa, jej przechylona sylwetka rozpoznawalna pod niemal każdą szerokością geograficzną. Chcąc, nie chcąc, wycieczka do Pizy jest obowiązkiem dla każdego odwiedzającego Toskanię, chociaż na miejscu trzeba spodziewać się najgorszego – dzikich tłumów obwieszonych aparatami, okrążających ów zabytek w amoku, niczym turystyczną Kabę...

Ania została w hotelu odpoczywając po źle przespanej nocy, a ja wsiadłem do pociągu i po dwudziestu minutach byłem już na miejscu. Piza zaczyna się od otwartych placów i dużej, dosyć współczesnej zabudowy, ale potem szybko zaczynają się historyczne, przyjemne uliczki, które prowadzą wprost nad rzekę Arno. Na drugą stronę można przejść rozlicznymi mostami, a dookoła brzegów ulokowały się masywne kamienice oraz rozliczne pałace, kościoły czy kościółki. Potem wchodzi się w pajęczynę średniowiecznych kiszek i... cóż, można się zgubić i przekonać się, że nie taka zła ta Piza jak ją malują co poniektórzy. Zmęczeni krzykliwą atmosferą wokół Krzywej Wieży, co bardziej wrażliwi na tłumy, uważają miasto za doświadczenie potworne, ale zapewniam, że warto powałęsać się po tutejszym Centro Storico, szczególnie w takie dni jak ten – gdy dookoła mnie było zupełnie pusto i miałem je w niemal w całości dla siebie.




Kiedy znalazłem już właściwy kierunek, wyszedłem na Via Oberdan. Atmosfera tej ulicy zwiastowała, że zbliżam się do Piazza dei Miracoli, czyli Placu „Cudów”. Wzrosło zagęszczenie restauracyjnych stolików i spacerowiczów. Ani się nie zorientowałem a szedłem już w kohorcie turystów, instynktownie zmierzając wprost pod Krzywą Wieżę. Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, aż przystanąłem z zachwytu, chociaż otoczenie nie do końca było godne jej splendoru. Ot, wystawała gdzieś zza zaparkowanych na ulicy samochodów, ale już z takiej perspektywy prezentowała się zjawiskowo. I faktycznie – jest krzywa, w pełni godna swej nazwy!

Wieżę, a raczej kampanilę, czyli dzwonnicę, zaczęto budować w 1174 roku. Niemal od samego początku zaczęła się przechylać na jeden z boków i błędów popełnionych na samym początku nie udało się skorygować przez wszystkie … 177 lat budowy. Nic dziwnego zresztą, gdyż winne jest podłoże, zbyt miękkie ponoć by utrzymać ją w pionie bez specjalnych zabiegów. Widziałem już trochę włoskich wież z tego okresu i przyznać trzeba, że ta w Pizie rzeczywiście jest niezwykłej urody. Myślę, że nawet gdyby nie jej defekt, byłaby dużą atrakcją, chociaż zapewne nie na taką skalę jak obecnie. Romańska w stylu, wyróżnia się sześcioma rzędami kolumn, które stanowią jednocześnie zewnętrzną klatkę schodową wiodącą wprost na szczyt. Owa ozdoba nadaje budowli zadziwiającej lekkości, chociaż całość waży niebagatelne czternaście tysięcy ton.


Wieża jest częścią zabytkowego kompleksu na Piazza dei Miracoli. Oprócz niej, są tu jeszcze Katedra oraz Baptysterium, ale … mimo swej niewątpliwej urody, te średniowieczne budowle pozostają w cieniu słynniejszej „koleżanki”. Tysiące oczu wpatrzonych jest tylko w jedno miejsce, całą resztę dostrzega się dopiero wtedy, gdy coś zasłania na nią widok...



Zgodnie z nazwą miejsca, na placu działy się cuda. Tysiące ludzi robiło sobie zdjęcia wyginając się w różnych pozach, które łączyło przede wszystkim to, że były do znudzenia powtarzalne i pretensjonalne niczym kaszlnięcie „jak francuski piesek”. Spędzam tam chwilę i uciekam z powrotem w bardziej spokojne zaułki. Czy warto? Ten jeden raz – na pewno, mimo całego szaleństwa, z którym trzeba się zmagać i brakiem szans na jakiekolwiek obcowanie z tym zabytkiem w samotności.