piątek, 2 sierpnia 2013

02.08, Pistoia, czyli toskańska "druga liga"

Moja wiedza o Włoszech w niemałej mierze pochodzi z lat dziecięcych, kiedy interesowałem się calcio, znając na pamięć wszystkie zespoły grające tak w Serie A, jak i na zapleczu tutejszej ekstraklasy. Po Mistrzostwach Świata, które się odbyły w Italii w 1990 roku, grali tu najlepsi piłkarze świata – by tylko wspomnieć Van Bastena, Gullita czy Rijkaarda, albo zapomnianego zupełnie Lentiniego, niegdyś najdroższego zawodnika świata. Przy okazji opanowałem też podstawy geografii, na mapie sprawdzając gdzie też znajdują się takie miasta i miasteczka jak Lecce, Udine czy Padwa. Pośród nich nie było jednak ani Lukki, ani Pistoia, czyli miejsca do którego wybrałem się tego właśnie dnia.

Pistoia leży niedaleko Florencji. Znowu jestem tak blisko tej perły renesansu i znowu jej nie zobaczę. Zastanawiałem się czy nie pojechać, ale doszedłem do wniosku, że nie wypada... Tak na kilka godzin do takiego miasta... Innym razem. A sama Pistoia? Cóż, na standardy toskańskie to zdecydowanie drugoligowa atrakcja. A to nadal miasto, którego rodowód wywodzi się ze starożytnego Imperium Rzymskiego, z bogatym zbiorem zabytków wprost z wczesnego średniowiecza i całymi dzielnicami zabytkowej zabudowy. Gdyby w jakiś magiczny sposób przenieść je do naszej Polski, byłaby to naczelna atrakcja turystyczna, perła w koronie małomiasteczkowej urody, gdzieś wysoko nad Toruniem, Kazimierzem czy Zamościem. Tymczasem tutaj, egzystując w cieniu pobliskiej Florencji, Pistoia wiedzie żywot prowincjonalnego nieco ośrodka, do którego trafia nieznaczny odsetek wszystkich turystów zgłębiających Toskanię.





Największe atrakcje zgrupowane są na głównym placu, Piazza del Duomo. Znajduje się tam chociażby Katedra Świętego Zenona (częściowo zbudowana jeszcze w stylu romańskim) z kampanilą, czyli dzwonnicą i dosyć oryginalne Baptysterium o jasnej fasadzie w czarne, poziome paski. Od tego punktu rozchodzą się we wszystkie strony ulice, uliczki, przejścia, które drążą starą część miasta. Jest ona czasem średniowieczna, częściej renesansowa, tu i tam zaś niemal współczesna, bo klasycystyczna, zaś blisko dworca już XIX-wieczna. Miło było zaglądać w te wszystkie kąty, choć trzeba sobie szczerze napisać, że Pistoia to nic szczególnego, ot miasto jakich we Włoszech jest wiele.



Wracam do Lukki. Po drodze, to czytam książkę (Paul Theroux „Wielki bazar kolejowy”, trudno o stosowniejszą lekturę w pociągu!), to zerkam za okno. A za nim przewijają się urocze krajobrazy. Na okolicznych wzgórzach co chwila wyrastają kolejne, leciwe wieże. Pod nimi przycupnęły skromne zabudowania, w większości równie wiekowe. Takich spokojnych wiosek widziałem kilka, może nawet kilkanaście. Dookoła nich rozciągały się a to pola, a to winnice, albo cedrowe zagajniki. Kiedy wjeżdżaliśmy na stacje, obraz zmieniał się na chwilę. Spokój natury zastępowały zabudowania i uliczki, puste i wypalone słońcem dworce, na których zatrzymywaliśmy się na krótkie postoje. Wszędzie jednak nadal panowała cisza, nigdzie nie zauważyłem śladu pośpiechu czy nerwowości.

Popołudniem wyszliśmy z Anią „w miasto”. Mamy tu już swoje zwyczaje, trasy i preferencje. Zachodzimy do „naszej” kawiarni na coś do picia. Idziemy do „naszej” lodziarni. Przesiadujemy na „naszej” ławce na murach. Robimy zakupy w „naszym” sklepie. Spotykamy nawet tych samych ludzi, tylko turyści co chwila się „wymieniają” - nic dziwnego, najczęściej spędzają tu mniej czasu niż my. Wieczorem zaś spotykamy „naszego” kota, ogromnego, grubego o minie sugerującej, że ma nas (i cały świat dookoła, łącznie z właścicielem) głęboko tam... gdzie toskańskie słońce nie dociera.