niedziela, 4 sierpnia 2013

04.08, Drugie obcowanie z Pizą

Nie minął dzień, a wróciłem do Pizy, tym razem w roli przewodnika. Upał nie upał, ciąża nie ciąża, zmęczenie nie zmęczenie, Ania też chciała zobaczyć jeden z cudów tego świata. Wsiedliśmy więc rankiem do pociągu i udaliśmy się wspólnie na skromną, niedzielną wycieczkę, nie będąc pewnymi czy podołamy w tym upale. Może brzmi to zabawnie, szczególnie gdy przypominamy sobie to, że jeszcze rok temu zjeżdżaliśmy rowerami wprost w objęcia ekwadorskiego Oriente czy też meldowaliśmy się na wysokości 5.000 metrów nad poziomem morza. Stan błogosławiony zmienia wiele...

Pod Krzywą Wieżę szliśmy tym razem nieco inną trasą i przyznać muszę kolejny raz, że Piza to naprawdę miłe, przepełnione śladami przeszłości miasto. A z dala od Piazza dei Miracoli, rzekłbym nawet, że jest dosyć prowincjonalne i niezwykle spokojne. W końcu, mieszka tu mniej niż sto tysięcy osób, czyli mniej więcej tyle samo co w Lucce, a w swej bogatej historii był to ośrodek, który konkurował na morzach z Genuą, Wenecją czy Neapolem (chociaż sama Piza dostępu do morza oczywiście nie ma). Zaglądając w zupełnie puste uliczki odnosiłem wrażenie, że Krzywa Wieża dominuje nad całym miastem tak bardzo, że niewiele osób po pobycie tutaj zdaje sobie sprawę jak ono wygląda naprawdę.






Na Placu zrobiliśmy sobie kilka zdjęć (bo gdy jesteś wśród wron, kracz jak one!) i zmęczeni tłumem uciekliśmy do cienia, na lody. Dobre, włoskie, do tego jedzone na schodach nieczynnego kościoła, zaraz pod znakiem zakazującym … spożywania na nich jakichkolwiek posiłków. To był jeden z najbardziej emocjonujących momentów naszego miodowego tygodnia, który, jak można się domyśleć z tej skromnej relacji mojego autorstwa, był bodaj najspokojniejszym naszym wyjazdem od czasów letnich wakacji spędzanych w latach 80-tych w hotelu Iskra w Świnoujściu. Po tym wszystkim, niespiesznie wróciliśmy do Lukki, gdzie wieczorem, jak co dzień wyszliśmy na spacer i kolację poprzedzoną wizytą w naszej kawiarence.