Pod Krzywą Wieżę szliśmy tym razem nieco inną trasą i przyznać muszę kolejny raz, że Piza to naprawdę miłe, przepełnione śladami przeszłości miasto. A z dala od Piazza dei Miracoli, rzekłbym nawet, że jest dosyć prowincjonalne i niezwykle spokojne. W końcu, mieszka tu mniej niż sto tysięcy osób, czyli mniej więcej tyle samo co w Lucce, a w swej bogatej historii był to ośrodek, który konkurował na morzach z Genuą, Wenecją czy Neapolem (chociaż sama Piza dostępu do morza oczywiście nie ma). Zaglądając w zupełnie puste uliczki odnosiłem wrażenie, że Krzywa Wieża dominuje nad całym miastem tak bardzo, że niewiele osób po pobycie tutaj zdaje sobie sprawę jak ono wygląda naprawdę.






Na Placu zrobiliśmy sobie kilka zdjęć (bo gdy jesteś wśród wron, kracz jak one!) i zmęczeni tłumem uciekliśmy do cienia, na lody. Dobre, włoskie, do tego jedzone na schodach nieczynnego kościoła, zaraz pod znakiem zakazującym … spożywania na nich jakichkolwiek posiłków. To był jeden z najbardziej emocjonujących momentów naszego miodowego tygodnia, który, jak można się domyśleć z tej skromnej relacji mojego autorstwa, był bodaj najspokojniejszym naszym wyjazdem od czasów letnich wakacji spędzanych w latach 80-tych w hotelu Iskra w Świnoujściu. Po tym wszystkim, niespiesznie wróciliśmy do Lukki, gdzie wieczorem, jak co dzień wyszliśmy na spacer i kolację poprzedzoną wizytą w naszej kawiarence.


