czwartek, 1 sierpnia 2013

01.08, Wrastamy w Lukkę

Ten dzień spędzamy w całości w Lucce. Ogarnia nas toskańskie lenistwo, a plany roztapiają się w letnim skwarze. Nie bez znaczenia jest także to, że Ania będąc w błogosławionym stanie, niekoniecznie dobrze radzi sobie z tutejszą aurą. Po śniadaniu wybraliśmy się więc nader niespiesznie do Orto Botanico, czyli miejskiego ogrodu botanicznego. Normalnie byśmy go ominęli zapewne szerokim łukiem. Tym razem jednak, wydawał nam się on godną nas atrakcją. Rozmiar niewielki, ot, kawałek zieleni wtłoczony gdzieś pomiędzy miejskie mury, a kamienice. Ale w środku było przyjemnie i spędziliśmy tam nieco czasu w ocenionych alejkach. W stawie pływała żółwia rodzina, a my siedzieliśmy na ławce i patrzyliśmy się jak przez zieloną gęstwinę przebijają się intensywne słoneczne promienie. Cóż za słodka tandeta! Ale co zrobić, gdy to przemiłe miejsce budzi w człowieku właśnie takie oto nieoczekiwane pokłady romantycznej ckliwości najniższego sortu?


Bywa też tu czasem dziwnie. W południe jedliśmy lody w kawiarnianym ogródku, gdy obok nas na ławce swój prowiant rozstawiła grupka nastolatków. Niby nic dziwnego, ale w pewnym momencie ci młodzi ludzie wstali i przez kilka minut śpiewali religijną pieśń. W środku miasta, niemal na środku ulicy... Po wszystkim, zabrali się za konsumpcję i wtedy zaczęli znowu wyglądać jak typowi pryszczaci piętnastolatkowie...

Lukka to jedno z tych miasteczek, które jest atrakcją samą w sobie. W przeciwieństwie do Pizy, nie posiada ono bowiem żadnego charakterystycznego zabytku. Kościołów jest mnóstwo, ale nawet jeżeli pochodzą one ze średniowiecza, nie wyróżniają się niczym szczególnym od setek im podobnych, rozsianych po całym półwyspie. Ciekawostką są z pewnością wspomniane już mury, które szczelnym pierścieniem odgradzają stare od nowego, ale to raczej rzecz, która zachwyci miłośników umocnień (wszystkich dwóch jacy żyją na świecie) niż przeciętnego turystę. Aczkolwiek, ich szczytem wiedzie nader przyjemna Passeggiata delle Murra, czyli trasa spacerowa, więc atrakcją z pewnością są. W Lucce nie ma wyjątkowo wybitnych muzeów, a pośród jej dawnych mieszkańców tylko pojedyncze nazwisko przedarło się do zbiorowej świadomości: tu i tam spogląda na nas podobizna Giacomo Pucciniego. Mimo to, miasteczko ma swój niepowtarzalny urok, dzięki gęstej zabudowie, wąskim uliczkom i minimalnemu ruchowi kołowemu. Nie można się tu zgubić, ale jeszcze przez kilka dni odkrywałem co chwila coś nowego i nierzadko spędzałem nieco czasu na tym, by trafić na jeden z placów, po których orientowałem się gdzie jestem – bodaj najpiękniejszym z nich był Piazza San Michele z imponującym (acz nadal niewyjątkowym!) Kościołem San Michele in Foro. Z kolei najbardziej znana świątynia to tutejsza Katedra Di San Martino, która w słońcu błyszczała tak mocno, że nie dało się na nią patrzeć. Może o to właśnie chodziło jej budowniczym wieki temu?







Po popołudniowej sjeście (w końcu był to prawdziwy urlop), wyszliśmy w poszukiwaniu kolacji. Najpierw zatrzymaliśmy się w przypadkowej kafejce, gdzie wypiliśmy po szklance czegoś orzeźwiającego. Przychodziliśmy tam potem każdego dnia. Knajpa miała swoje lata, podobnie jak jej właściciele – para po sześćdziesiątce, tyle że wciąż uśmiechnięta i energiczna. Co chwila mieli gości, ktoś się z nimi witał, ktoś żegnał, ktoś przechodząc obok rzucał kilka słów powitania, które zawsze spotykały się z odzewem. Tu wszyscy znają się ze wszystkimi, a nikt … nie wygląda jakby pracował. Trudno nie kochać tego we Włoszech, szczególnie jeżeli własne życie składa się z pracy, dojazdów do pracy, myślenia o pracy i denerwowania się pracą, prawda?