
Mapa Lukki wygląda niczym schemat skomplikowanej bakterii. Lekko owalne wnętrze otoczone jest rzadkim w Europie murem, który na całej swej długości pozostał nienaruszony. W jego wnętrzu kryje się gęstwina ulic, uliczek i zaułków o kształcie wytyczonym przez wielowiekową historię. Rozmiary mogą być zwodnicze, bo Lukka, choć jest „miejską bakterią”, jest także organizmem wielce złożonym, wielowarstwowym i niełatwym do całkowitego odkrycia. Miasteczko poznaje się zazwyczaj w dzień, czasem dwa, gdzieś pomiędzy renesansowym splendorem Florencji, a ceglanym czarem Sieny. Jestem pewien, że w ten sposób trudno uchwycić jej całe piękno, o czym niech świadczy to, że do końca pobytu trafialiśmy w miejsca wcześniej nam nieznane, zupełnie jakby Lukka przyzwyczajała się do nas i pozwalała na coraz więcej.
Trafiliśmy na piękną pogodę. Niebo przez cały czas pozostawało idealnie błękitne. Sprawiało to, że kolorowe mury prezentowały się niezwykle malowniczo, ale upał bywał zabójczy, szczególnie dla Ani, która nosiła w sobie dodatkowy i coraz większy, ciężar (no, ciężarek). Tego ranka zjedliśmy w naszym przybytku śniadanie i pełni zapału, ruszyliśmy poznawać miasto. W jego plątaninie znaleźć można kilka wież. Podobnie jak w Bolonii, czasem zlewają się one z otoczeniem tak mocno, że nie zdawaliśmy sobie sprawy gdzie też są. W wąskich uliczkach zasłaniały je budynki, a ograniczona przestrzeń zamykała perspektywę, ograniczając ją do tego co najbliżej. Cenię sobie Stary Kontynent za taką właśnie klaustrofobię, tym bardziej, że niewiele jej przecież w rodzimej Warszawie, gdzie przysłowiowa „sraczka planisty” sprawiła, że wszystko rozłazi się, pozbawiając miasto urbanistycznego polotu. Lukka zaś jest skondensowana do granic możliwości.





Po kawie wypitej w przypadkowej knajpce (kolejny symbol włoskich wakacji!), wsiedliśmy w pociąg i udaliśmy się nad Morze Liguryjskie, do Viareggio. Cała „podróż” zajęła góra dwadzieścia minut i jest kolejnym przykładem dlaczego warto zainteresować się Lukką – jej dobre położenie sprawia, że sporo atrakcji Północno-Wschodniej Toskanii jest dosłownie na wyciągnięcie ręki (kupującej bilet na pociąg).

Viareggio, mieścina w najlepszym razie XIX-wieczna, nieco nas rozczarowała. Nie spodziewaliśmy się niczego ponad zwykły nadmorski resort, ale tutaj podskórnie wyczuwalna nuda wędrowała wręcz po ulicach, szukając kolejnych przyjezdnych do zainfekowania. Miasto pochwalić się może słynnym Karnawałem, ale ja ochrzciłem je „fabryką opalenizny”. I to dosłownie – bo jak to z produktami fabryk bywa, trzeba za nie słono zapłacić z własnej kieszeni. Wybrzeże usiane jest bowiem leżakami, namiotami i plażową infrastrukturą, za używanie której pobierana jest opłata, zaś „na dziko” rozstawić się nie wolno. Nie mieliśmy zresztą takowego zamiaru, ale cena za usługę nieco nas strapiła – 18 euro za dzień! Nie pytaliśmy nawet czy za osobę czy za całość, chociaż spodziewać się można najgorszego. Owa prywatna infrastruktura zupełnie zasłaniała widok nad morze z poziomu ulicy. Na szczęście, spacer po plaży był nieodpłatny, więc po obiedzie, przeszliśmy się kawałek. Dawno jednak nie byłem tak rozczarowany jak tutaj, a przecież kocham szum fal miłością wręcz irracjonalną.





Pozbawieni widoków, obserwowaliśmy bywalców Viareggio. Dominowali ludzie opaleni czy raczej, spaleni. Niektórzy byli już tak ciemni, że by ich opisać, należałoby stworzyć pojęcie nowej rasy ludzkiej, gdzieś pomiędzy Indianinem, a Murzynem z Nigru. Coś okropnego tak naprawdę, tym bardziej, że skąpe stroje odkrywały jeszcze jedną rzecz, której osobiście nie znoszę – tanie, powtarzalne, pretensjonalne swoją tandetnością, tatuaże. Chińskie nazwy dań, tribale, esy floresy, kolorowanki pozbawione znaczenia, które krzyczą zawsze do mnie jedną melodię: „mój właściciel jest debilem”. Drugą kategorią byli włoscy emeryci. Jeden szczególnie zapadł mi w pamięć. Miał lat siedemdziesiąt, a może i dziewięćdziesiąt, trudno określić. Trząsł się i nie za bardzo rozumiał co się do niego mówi, ale energii ciągle miał na tyle dużo, by dobrze i elegancko się ubrać. Pił swoje popołudniowe espresso, prezentując się niczym młodszy o pół wieku żigolak z żurnala mody. Co więcej, gęste włosy nadal były żywej, orzechowej barwy, zaś towarzysząca mu opiekunka uważać musiała, gdzie też ląduje jego nieco pomarszczona, ale nadal sprawna dłoń. Z twarzy (i zachowania!) ów dżentelmen przypominał mi samego Wielkiego Silvio. Nie wiem co musi być w tej pizzy oraz makaronach, ale chciałbym wykazywać taką wolę „bunga bunga” w tym wieku!

Spędziliśmy w Viareggio kilka godzin i zmęczeni skwarem, wróciliśmy do Lukki. Tam zaś wieczorem udaliśmy się na kolację i kolejną porcję wałęsania po uliczkach. Trafiliśmy na najsłynniejszy plac miasta, Piazza Amfiteatro. Wejścia doń są całkiem sprytnie ulokowane, do tego stopnia, że naprawdę łatwo je przeoczyć, gdy idzie się bez mapy. Plac ma okrągły kształt, a jak nazwa wskazuje, był to niegdyś amfiteatr, którego rodowód sięga starożytności. Ślady po tych czasach ukryte są zresztą w murach okolicznych domostw, które wkradły się w resztki dawnej Rzymskiej Cywilizacji. Gdzieś obok tego, najzwyklej w świecie, dyndały sobie pachnące świeżym praniem ogromne spodnie nieznanej mi płci oraz przeznaczenia, czyli kolejny symbol Włoch.

