wtorek, 30 lipca 2013

30.07, Miodowa Lukka

Toskania kojarzy mi się nie tyle ze słońcem, piękną przyrodą czy bogatą kulturą, ale z literaturą pseudo-podróżniczą najniższego możliwego sortu. Nie wiedzieć czemu, wszelkiej maści grafomani upodobali sobie ten właśnie region Włoch – tu masowo przyjeżdżają, żyją i niestety, piszą, w efekcie czego książkowe półki uginają się od wątpliwej jakości dzieł opisującej piękno prostej egzystencji gdzieś w Toskanii. Najczęściej autorkami są wymęczone pracą w korporacjach Amerykanki, które wiedzione głupotą myloną z intuicją, rzucają swoje ciepłe posady i przeprowadzają się gdzieś na koniec ich świata, np. do wioski położonej obok Sieny. Zaczynają oddychać pełną piersią, zamiast spotkań, negocjacji i projektów, zmagają się z przeciekającym dachem, hodowlą kabaczków czy kwestią jakie wino dzisiaj podać do kolacji. Przekonują się, że pizza nie musi być zatopiona w serze, zaś keczup składa się z pomidorów i wcale się nie rośnie na drzewach, jak im się wydawało jeszcze niedawno. Książki te ubarwiają przepisy kulinarne oraz zabawne dykteryjki, najczęściej oparte na jakże oryginalnym schemacie ścierania się dwóch zupełnie odmiennych mentalności przybyszy i tubylców. Jeżeli główna bohaterka była panną, poznaje ona z czasem uroczego Włocha (litościwie pomijając fakt, że mimo czterdziestu lat na karku nadal mieszka on z mamą). Jeżeli zaś zmieniła swoje życie już jako mężatka, okazuje się, że importowany ukochany, zazwyczaj niezdara i największa lebiega, dzięki świeżemu powietrzu Toskanii odzyskuje wigor i z zapałem oddaje się pracom w ogródku. Na końcu zawsze znajdziemy happy end, w postaci kilku prostych zdań o tym co jest najważniejsze w życiu wygłaszanych z poziomu domku zatopionego gdzieś pomiędzy wzgórzami mieniącymi się barwami złotej jesieni. Jednym słowem – jest tak słodko, że sama Danielle Steel może poczuć się zagrożona.

Takie książki omijam z daleka, ale do Toskanii postanowiliśmy się wybrać, by na własne oczy przekonać się dlaczego przyciąga rokrocznie miliony turystów, z czego przygniatająca większość, wraca tam ponownie – ciałem bądź chociaż myślami. Nie bez znaczenia było także to, że chciałem sprawdzić czy jej atmosfera działa ożywczo na wenę twórczą podrzędnych literatów – takich jak niżej podpisany. Kierunek – mała, średniowieczna Lukka.


***

Lot do Pizy odbył się bezproblemowo. Przy lądowaniu obserwujemy lazur wody i szczególną cechę charakterystyczną, czyli rozłożyste drzewa cedrowe, co zawsze jest nieodłącznym znakiem, iż jesteśmy we Włoszech. Potem szybko dotarliśmy do Lukki, przekroczyliśmy jej leciwe, miejskie mury i... zostaliśmy w nich na cały, miodowy tydzień – w ten sposób wypełniając przepowiednię ze stycznia, kiedy to wymarzyłem sobie taką właśnie, letnią i nieco leniwą przygodę z Italią. Nie spieszyliśmy się zanadto z poznawaniem zaułków, nie biegaliśmy z wywieszonymi językami dookoła, skoro mieliśmy mieć na to wszystko długie dni. Ale od początku uznaliśmy, że Lukka w pełni zasługuje na opinię jaka się za nią ciągnie. To pełna magii kwintesencja europejskości w najlepszym wydaniu, zdolna do poruszenia każdego miłośnika ciasnych, miejskich przestrzeni z historią wypisaną na każdym murze. Nie ma sensu się oszukiwać: nazwa miasta była mi wcześniej zupełnie nieznana. Dopiero po zakupie biletów, zacząłem zgłębiać mapy Toskanii i natknąłem się na nią po raz pierwszy. Lukka, chociaż trafia do niej mnóstwo turystów, ze względu na swoje rozmiary, pozostaje w tyle chociażby za Florencją, Sieną czy sąsiednią Pizą i nieszczególnie przebija się do masowej świadomości.


Nasz przybytek za to wzbudził w nas mieszane uczucia. Było tam cicho i czysto, a lokalizacja była więcej niż idealna. Z drugiej jednak strony, miejsce wypełnione było kurzącymi się bibelotami, które wnętrzom nadawały urodę mieszkania zajmowanego przez starszą panią. Taka zresztą była właścicielka – dostojna siwowłosa dama, która mówiła do nas po włosku, nie zważając na nasze niepewne miny. Jako że jednak się dogadywaliśmy, od tego momentu zacząłem wpisywać ten język jako opanowany w stopniu podstawowym do mojego podróżniczego CV. Zawsze niesamowitym wydaje mi się fakt, że ludzie nie znający żadnego wspólnego języka są w stanie się ze sobą porozumieć... Chociaż znam także przypadek, gdy tylko wydawało nam się, że się rozumiemy, podczas gdy prawda była zupełnie inna (a miało to miejsce w czarnogórskim Herzeg Novi, zaś w użyciu była mieszanka niemiecko-angielsko-rosyjsko-serbska. Ale to zupełnie inna historia).



Na dwa posiłki wydaliśmy ponad 40 euro, co warto odnotować dla tych momentów, kiedy przychodzi człowiekowi ochota na poznawanie Starej, Drogiej Europy. Tanio nie jest, ale zawsze można znaleźć coś na polską kieszeń, trzeba jedynie poznać miasto, a to pierwszego dnia pobytu jest praktycznie niewykonalne. Ale nie narzekaliśmy, tylko cieszyliśmy się włoskimi daniami spożywanymi na średniowiecznych Piazza. Gdzieś obok grała dęta orkiestra, koło stolika co chwilę przejeżdżali rowerzyści, których w Lucce jest więcej niż motocyklistów. Świeciło piękne wieczorne słońce, a na usta cisnęła się tylko jedna sentencja: La Dolce Vita!